O monologu, adresacie i świetle.

Nie istnieje nic takiego jak monolog. Aktorzy nazywają tak kilkanaście linijek kwestii nieprzerywanej dialogiem, cieszą się i boją, gdy dostają je do zagrania. Początkujący autor, popełnia co najmniej jeden monolog na 3 strony dialogu. Najczęściej znaleźć tam można informacje, których nie dało się upchnąć w dialog albo obrazek postaci rzucającej się po ścianach. Na poziomie zaawansowanym „monolog na stronie” to dialog otwartej, niczym nie skrępowanej duszy postaci z widownią. Jest po to, by widz mógł zajrzeć w konflikt wewnętrzny, rozterkę, walkę, trud, w ból – czyli słabość opuszczającą ciało pod postacią słów. Monologi są albo wybitne albo do skreślenia. Monologiem nie jest ruminacja i przeżuwanie siebie, to dialog wewnętrzny, którego świadkiem jest świadomość. Monologiem nie jest też pisanie, choćby bloga, bo każdy kto pisze, ma adresata, z którym stara się nawiązać dialog.

Nie ważne kim jest ten adresat. Nie ważne czy żyje, istnieje, czy zajmuje jakieś miejsce w życiu, czy obłożony jest rolą.  Ważne, jaki masz do niego stosunek, czego od niego chcesz, bądź co chcesz mu dać. Pytanie, jakiej jakości jest ten dialog, zależy od tego, jakie światła projektujesz na to, co masz mu do powiedzenia.

Ustawianie świateł rozpoczynasz od ukierunkowania kolejno wszystkich reflektorów, pojedynczo. Najłatwiej zacząć stawiając po środku sceny trywialne krzesło, a na nim prozaiczne prześcieradło, bo one są cierpliwe i nie zrzędzą, że brzuszek, że siku. Prostota w niczym nie przeszkadza, bo w teatrze wszystko może znaczyć wszystko. Przeczuwasz, w których miejscach sceny będzie się toczyć akcja, więc ustawiasz kierunki światła z frontów, punktaków i kontr. Ważna jest ich odległość, kąt wobec obiektu, czyli miejsce i jakość, dlatego jedne ustawiasz na wąski strumień, inne na szeroki, na jedne zakładasz kolorowe blendy i filtry, inne zostawiasz gołe. Latasz po drabinach, zwisasz jak małpa ze sztankietów, spadasz z nich, biegasz na widownię, by sprawdzić, jak na ustawienie reaguje obiekt. Często reflektor trzeba przewiesić, więc go wyłączasz, czekasz aż wystygnie, wypinasz z obwodu, przewieszasz i zabawa zaczyna się od nowa. Przepinasz obwody, by niektóre reflektory działały parami, kopie Cię prąd, wywala korki, przepalają się świetlówki, spadają z ramion przedłużacze, złodziejki i rozgałęziacze. Każdy błąd jest bezcenny, bo pojęty nie zdarzy się po raz drugi. Jesteś świetlnym cieciem, zegarmistrzem światła, pchasz i ciągniesz ciężar, materię i warsztat.

Spisujesz na kartce mapę, topografię, z numerami obwodów, pod które podpięte są reflektory. Wspinasz się do reżyserki,  siadasz przy nastawni, piszesz obraz. Piotr, który jest  Rembrandtem światła,  nauczył mnie, że oświetlenie sceny ustawia się od tyłu do przodu, od prawej do lewej. Wyłączasz światło robocze. Scenę zalewa mrok i pustka, błogość, w której  wszystko jest możliwe.  Kładziesz palec na suwaku i delikatnie oświetlasz tylny plan. Nie musimy widzieć i wiedzieć wszystkiego, wystarczy ciut, wystarczy ogół, odrobina kokieterii o tle, o historii. Kolejno, zapraszasz do gry reflektor po reflektorze. Tył akcentuje kontur.  Kontry wyciągają z obiektu rzeźbę, dramatyzm, dynamikę, konflikty. Fronty rysują oczywistości, porządki i spójności. Punktaki z góry nadają powagi, punktaki z dołu ją odbierają. Po lewej stronie sceny zazwyczaj dzieje się komedia, po prawej tragedia, nie wiem czemu tak jest, ale tak jest. Malujesz światłem akordy, fugi z kontrapunktem, przydzielasz kalorie treści, charakter, gatunek, nastrój.

Przeciągasz palcami po suwakach, a za Tobą stoi Twój adresat. Twój wymarzony widz. Patrzysz na obraz jego oczami, bo robisz to dla niego. Masz mu coś do powiedzenia, otwierasz dialog. Chcesz, by raz się śmiał, raz płakał, raz dumał, czegoś się dowiedział, coś zrozumiał, coś przeżył. Czasem trzeba przypierdolić, czasem odpuścić, sprowokować, uspokoić, poprzynudzać, poprzytulać. On lubi się bać, to zapowiadasz, „Teraz robimy w portki”. Jest estetą, więc nie robisz krzywdy niczemu, co pod światłem stanie. Jest inteligentny, dlatego niektórych detali nie opowiadasz wprost. Jest wrażliwy, więc pilnujesz, by nie utopić go w egzaltacjach. Koronkowa, precyzyjna robota, nizania oczek w większy wzór. Adresat trwa przy Tobie. Niektóre światła Ci się nie udają i wszystko na scenie wygląda jak jajecznica, bo wszystko na raz jest ważne. Ze strachu asekuracyjnie roztaczasz gotycką ciemność i nie widać nic. Robisz się okrutny, krytyczny, zabijasz obiekt punktakami. Akcentujesz skuchy i zapadki, spłaszczasz frontami albo komplikujesz kontrami, ale nie z nim te numery. Stoi za Tobą murem, reaguje szybko, dokładnie, dzięki czemu widzisz. Niektórych obrazów nie da się wypracować. Muszą się przyśnić. Kładziesz się z nim między rzędami foteli i śnicie.

Oczywiście, jesteś tylko człowiekiem.  Obrazy szlachetne przeplatają się z egocentrycznymi, które więcej zasłaniają, niż odkrywają. Uciekasz się do hochsztaplerskich sztuczek, efekciarskich prawdulek i sposobików, takich jak malowanie cieni kolorami, puszczanie łuny światła po podłodze, ustawienie heezera na maksa, by zadymił horyzont. Miotnie Tobą wściekłość tak mocno, że ustawisz trzy krowy skierowane na widownię i oślepisz go: „To się tyczy Ciebie, ZŁAMASIE”. Często się nie zgadzacie, bo nie zachwyciłby Cię ktoś, kto ma kręgosłup jak guma balonowa. Bez niego lądujesz na peryferia indywidualizmu. Robisz to mimo świadomości, że treść i kontekst kłamstw mówią o Tobie więcej, niż kryształowa szczerość. On zazwyczaj wraca, potrafi wybaczać, bo jest od Ciebie dojrzalszy. Z czasem dowiadujesz się, że błąd jest lepszy niż banał.  Błąd może być prawdziwy, odwrócisz go o 3stopnie i jest nową jakością.  Banał nigdy nie będzie prawdziwy,  bo jakkolwiek go nie obrócisz, zawsze będzie banałem.

Gdy obraz jest spójny z intencją, darem dla adresata, zapisujesz kompozycję i piszesz następny. Prowadzisz grę w niezapomnianego. Polega na tym, by napisać obraz, którego nie da się zapomnieć. Opowiadasz znaną wszystkim historię, ale w taki sposób, w jaki nikt jej jeszcze nie opowiedział, by dotarła do miejsc, dokąd nikt nie dotarł.

Mój adresat mówi,  że te obrazy  wygrywają grę w niezapomnianego, które napisane są niezależnie i mimo tego, co o nich sądzisz. W tym procesie krytycznie ważna jest umiejętność niemyślenia.

 

Ps. Notka inspirowana dwoma sezonami pracy jako elektroakustyk w teatrze Wierszalin. Notka może nie być zrozumiała. Za hermetyzm przepraszam, ale czasem tak trzeba.

Szymon Mag

Taka scenka. Poznałam Szymona pod nocnym o 2. Znałam go z widzenia. Intensywny zestaw tego, co ładne i nieładne w jednej osobie jest trudny do przeoczenia w mieście, które ma 2x2m. Powiedział, że po Żyrku, gdzie rozwody zawiera się siekierą, lepiej nie chodzić samej kobiecie w czarnej, wieczorowej sukni. Pozwoliłam się odprowadzić, ale tylko dlatego, że żarliwie chciał mnie poczęstować czymś do jedzenia. Jestem bezbronna wobec takich gestów. Szymon jest stolarzem. Robi trumny.

Sceny nie ma, jeśli postać nie ma czegoś do załatwienia. Jeśli nie ma celu, stawki i przeszkód. Może chcieć zrobić coś fizycznie. Może chcieć się czegoś dowiedzieć. Może chcieć drugą postać do czegoś przekonać. Może chcieć zrobić drugiej postaci dobrze. Może chcieć zrobić drugiej postaci źle. Im bardziej sprzeczne cele postaci, im wyższa stawka, im więcej przeszkód, tym ciekawsza scena.

Życie jednak nie jest tak proste, jak scenariusze, bo konflikty kryją się w najmniej oczekiwanych miejscach. Czasem jedna postać chce poderwać drugą, ale przegania chmurę znad głowy, niechcący, będąc sobą w kontekście, nie robiąc nic więcej. Relatywizm zakłada, że nie ma żadnego absolutu. Że wszystko jest takim, jakim się jednostce wydaje, że jest. Relatywizm stara się zamienić prawdę w jeden z wariantów po drugiej stronie lustra. Nic nie znaczy tego, co znaczy, jeśli tak powiem, jeśli tak myślę, jeśli tak zechcę, bo mi tak wygodnie. To infantylne i aroganckie. Relatywizm to intelektualny narcyzm, drewniane pudło, wystarczająco  puste, by pomieścić dużo pustych myśli. Szymon robi trumny od 16 roku życia. Mówi, że jest w tym dobry.

O ściemnianiu, nauczaniu, dupie i Adzie

Dałam na wykładzie czadu i było zajebiście. Jak to Michał określił, chaos kontrolowany, i o to, to, to, chodziło.  Wszystko dzięki zajobistycznej grupie ludzi, który umieją i chcą słuchać, bo mają coś do powiedzenia i temu, że poszłam zeszmacona stresem, 2godzinną sesją kickboxingu, nie miałam siły i wolnych mb pamięci operacyjnej, by ściemniać, bo było o tym, że ze ściemniania niewiele wynika. Przyszło też kilka ziomów, czego się kompletnie nie spodziewałam  i miałam mega wsparcie. Dostałam nowe słowo wytrych na siebie, jest to KOBIETA RTĘĆ i generalnie zrobiłam, też na sobie, bardzo dobre wrażenie. Szczęście się łasi. Chcę to robić częściej.

Jest problem ze ściemnianiem, bo jak mówi dr. House, wszyscy kłamią. Każda generalizacja jest chybiona, ale to adekwatny pogląd napisany dla postaci dziada jęczybuły, narkomana i niespełnionego psychopaty. Za to Housa lubimy, że jest potworem weredykiem, jakim każdy chciałby być, ale kochamy go za to, że jest w tym bezbronny. Kłamie większość, poza tymi, których zawodem jest kłamstwo, czyli poza aktorami. W Hiszpanii jest mniej szkół teatralnych niż u nas,  ale są. Znana jest praktyka, że na pierwszym roku wykładowca otwiera proces nauki aktorstwa, usuwając  najpierw z adeptów przeszkodę, jaką jest udawactwo, pozerstwo, inaczej ściemniarstwo. Zbiera się studentów pierwszego roku, którzy będą skazani na bliską współpracę ze sobą przez następne 4 lata. Wykładowca uprzedza, że zgasi światło. Wtedy Panie i Panowie się rozbiorą do naga, a on wyjdzie, wychodząc, zapali światło. Państwo mogą się sobie nawzajem przyjrzeć, porównać, ocenić, kto ma większego, a kto mniejsze, itp. Potem on wróci do sali wyłączając światło. Państwo się ubiorą i będą mieli siebie z głowy. Wszystko jest jasne i można zacząć rzeźbę w ogniu. W sumie to nie głupie, bo aktor to ciało, ciało, które musi pokonywać własne ograniczenia, a nie ma na to szans, jeśli musi marnować energię na polerowanie  gały przed kolegami. W Polsce ten eksperyment w szkole teatralnej zakończył się skandalem, klęską, zwolnieniami, choć rocznik, który podszedł do eksperymentu po pięciu latach okazał się wyjątkowo zdolny.

System szkolnictwa nie ma sensu, ponieważ uczenie czegoś naprawdę, na serio, wymaga spełnienia jednej zasady. Uczeń musi sam wybrać mistrza, a mistrz musi sam wybrać ucznia. Nauka, polegająca na podstawieniu ludzi jak pionki w role, sprawia, że nauczanie jest takie, jakie każdy pamięta ze szkoły podstawionej.

Jeden mistrz, z którym żeśmy sobie siebie wybrali, to Głuchy. Głuchy jest mistrzem gry w masce, drugi mitologiczny nauczyciel pantomimy po Tomaszewskim. Pan, około 80tki czy 90tki, może 110tki, z twarzą jak rodzynek i ciałem, poczuciem humoru, radością życia nastolatka. Głuszczak  40 lat pracował nomen omen z głuchoniemymi i mówiąc ogólnie, jest niefrasobliwym geniuszem. Pracowałam z nim raz, robił ruch sceniczny. Puściłam mu utwór ze zmiennym metrum na 3 minuty. Raz. Przyszli aktorzy, ustawił choreo, puściłam muzę i wszystko pasowało co do 8mki. Szacun. Od niego wiem, że gra w masce toczy się pod maską, bo impuls (tok) wychodzi z klatki piersiowej, a reszta ciała jest jak gałganek na zamachowej kukle. To, co jest w tym sercu, to, co sprawia ten impuls, co uruchamia koło zamachowe, zależy od tego, czy aktor wie co ma między nogami, po co to tam ma i co z tym robić. Ładna metafora, Jung mówi to samo, w przybliżeniu, o energii libido. Głuchy zawsze, jak się widzimy, z zawziętością zaciętej płyty opowiada anegdotę o pewnej Adzie.

„A opowiadałem Ci o Adzie? To ci opowiem. Miałem taką przyjaciółkę, miała na imię Ada. Była malarką, bardzo piękną, mądrą, zdolną artystką i kiedyś zachorowała, że musi namalować żółtego Chrystusa. Poprosiła mnie, bym jej pozował. To się rozbieram, staję, ona maluje i… nie wychodzi. Znów się spotykamy, rozbieram się, staję, ona maluje, nie wychodzi. Ciągle nie wychodziło, aż Ada powiedziała „Muszę mieć Cię z głowy.”. Ale czego się nie robi dla sztuki! Zaraz potem, a może długo potem, nie pamiętam, zwlekliśmy się z podłogi i wyszło. To był bardzo dobry obraz.”

Cukier tuczy, morał krzepi, więc nie dzwoń do mnie kiedy będę stara.

O tańcu brzucha, obcych i rzyganiu.

Taniec brzucha wziął się stąd, że reżyserowie kina niemego dowiedzieli się skąd się biorą dzieci z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Na tamte czasy czytanie ze zrozumieniem było o wiele bardziej popularne, dlatego chłopakom nie zazdroszczę, że chcąc nie chcąc, musieli się połapać w pudełkowej narracji, co musiało nieźle wpieniać kogoś, kto szuka ziarnka pieprzu w stogu pudeł. Chłopaki dorwali się do kamer i wyobrazili sobie, że w kraju muzułmańskim laski biegają w przeźroczystych pumpach i odstawiają tany siedmiu zasłon, których punktem kulminacyjnym jest figura „Zjadłam obcego żywcem, patrzcie jak się rzuca po żołądku”, czyli fala mięśniami brzucha. Zastawienie estetyczne nagrzanych chłopaków jednak przeszło do burleski, na fotoplastykony i nie miało nic wspólnego z tym, jak tańczyły wtedy czy arabki, czy hinduski, czy beduinki, ale sugestia była na tyle przekonująca, że bez pytania następne pokolenia twórców przejmowała właśnie takie wyobrażenie tańca kurtyzan. 

Cała koncepcja z Wikipedii na temat plemienia Ouled Nail i kolonii francuskiej w Algierii jest chybiona, równie chybiona, jak to co pisał Grotowski o objawieniu tańca Katakhali, o tym wszystkim można się dowiedzieć, jak się trochę po Afryce pojeździ, popyta, najlepiej z intencją idiotyczną, że jedziesz w podróż duchową po oświecenie. O tym, czym Katakhali jest, a co sobie Grotowski przyśnił, podróży po Arabii i oriencie, może następnym razem.

Nawet Egipcjanie dali się nabrać, dlatego do każdej turystycznej miejscowości ściągają dziesiątki wyszkolonych Rosjanek, by oświecać cekinami taniec brzucha, bo przecież żadna arabka, w kraju, w którym za cudzołóstwo jest kamienowanie, by się z kimś przejechać po one night stand trzeba mieć urfi, czyli tymczasowe małżeństwo, nie będzie ku uciesze turystów pożerać obcych żywcem. Robią to Rosjanki, rząd tymczasem reglamentuje ilość lotów z Moskwy, ze względu na epidemię HIV, która jest poważnym zagrożeniem dla PKB światowej stolicy seks turystyki, ale o tym wszystkim może kiedy indziej i raczej przy okazji smutnej notki, że w naszej kulturze nie ma przyzwolenia, by ciało nieestetyczne doświadczało przyjemności, piątej kolumny i młodych kultur pożerających stare.
Wzorzec z kina niemego nazwany jest stylem Kabaretowym, jest styl Egipski, o którym Egipcjanom nic nie wiadomo, zyliony innych, co tancerka, to ma nowe objawienie. Jedna niezła, Carolena Nericcio, pojechała do Jemenu, zobaczyła Beduinów, zabrała od nich tonę żelastwa, złapała rdzeń tańca, połknęła go, przetrawiła w brzuchu i wypluła styl plemienny czyli American Tribal Bellydance.
Praktykowałam Tribal kilka lat, dorobiłam się swojej kupy żelastwa z Jemenu, Rajastanu i Penjabu, później uczyłam tańczyć lat dwa swoją ukochaną grupę dziewuszek. Tribal, to kilkadziesiąt sekwencji ruchów. Założeniem występu, jest brak ustalonej choreografii, taniec jest improwizowany. Są niezauważalne dla widza mikrogesty, czasem dłonią, czasem mina, czasem zaśpiew. Grupa, gdy się zgrywa, sama wytwarza swój język. Tancerka, która aktualnie sama wyszła na pozycję lidera, komunikuje grupie co będzie dalej. Jak jej się przewodzenie znudzi, niezauważalnie rolę przejmuje inna, i tak to trwa.
Kilka zdolniejszych uczennic Caroleny brało inne prochy i stworzyły styl Tribal Fusion, taniec solowy do ambientowej muzy, opierający się na graniczącej z cudem perfekcji w opanowaniu własnego ciała. Mają żelastwo i dziadostwo na sobie, fajne dziary z sanskryckimi tekstam i poschizowanych muzyków. Praktyka tancerki Fusion: co rano o 7:00, jedziesz 1,5 godziny jogę. Joga, ten zestaw dziwnych póz, zmienianych w zastraszająco wolnym tempie, wskazuje Ci z neutronową precyzją, gdzie jesteś słaby, gdzie niedomagasz, uczy pokory, uzdrawia powoli, zawsze o krok wolniej, niż cieszyłby postęp. Leje się z Ciebie jak z sylwestra, co kilka tygodni czujesz ból mięśnia, o istnieniu którego nie śniło mi się nawet na studiach rysunku anatomii, ale jak nie ćwiczysz więcej niż dwa dni z rzędu, jest Ci tak źle, że masz ochotę skoczyć z mostu. Oficjalnie mówisz, że wszystko po to, by dla własnej satysfakcji móc odchylić wyprostowane plecy pod kątem 110 C, sprawić wrażenie ciała gumy, zrobić numer z pożeraniem obcego, mieć tak opanowaną izolację klatki piersiowej i bioder, że dołem piszesz swój numer na 3/4, a górą adres na 4/4… i kilka innych numerów cyrkowych, tak, że nie widać po Tobie, jak to jest trudne i ile miesięcy, czasem lat, zajęło ich opanowanie.
Teraz po moim żołądku szaleje obcy, choć siedzę przy komputerze, kot na mnie leży i piszę tę notkę. Rok temu na zajęciach networkingu, powiedziałam prowadzącemu, że się nie zgadzam, że to wszystko nieprawda, że jest inaczej, że to, co mówi nie działa. Życie jest ciekawsze niż wyobraźnia, bo zadzwonił, czy nie poopowiadałabym tego, co opowiadałam wtedy ludziom na Koźminie, ludkom z Toastmasters Liders i jeszcze mi przyfasolił na czoło gwiazdę Chucka Norrisa w przemawianiu. Nie dość że jest mi strasznie miło, to Artur zaskoczył, zapunktował i chce się wymiotować, bo to jutro stanę przed nimi, będę się wymądrzać na temat mowy improwizowanej, więc będę improwizować, czyli wszystko może pójść źle. Sięgam po mądrość ciała i jego warsztat, który wyniosłam z praktyki tanecznej. Liczę na działanie mikrogestów, sekwencje ruchów, komunikację rytmem i ciałem. Liczę też, że przyda się cały trud, jaki wkładam w złudzenie, że to wszystko robię ot tak sobie, niechcący, w sumie przy okazji i nic mnie to nie kosztuje.
Mam tremę, rzygam, improwizuję.

Rola szycia

Duża koperta. W lewym górnym rogu punkt adresu zwrotnego. Scenariusz składający się z kilkuset kartek, na większości zima, ale jedna stroniczka zapisana gęsto. Biografia, rys psychologiczny, konflikt wewnętrzny, motywacje, intencje, zadania. Choćby skały srały, nie pocisnę tej roli. Jak mam zagrać i worek treningowy, i seks plombę, i alternatywną artystkę, i ufoludka, i prastare symbole, i makietę do cierpień, gdy mam stać na 103 rzęsie od lewej, rezonować łokciem, jedną ręką się dusząc, a drugą nawalać antagonistę w tyłek, śpiewając bluesa miłości, oddania i napie*dalania. Odpisuję najłagodniej jak potrafię.

„Dziękuję za scenariusz i propozycję współpracy. Podziwiam Pana poszukiwania artystyczne, ślę wyrazy uznania. Niestety, znając swoje warunki psychofizyczne, byłabym nieodpowiedzialna podejmując wyzwanie.  Niemniej jednak dziękuję za pamięć i proszę o mnie nie zapomnieć, gdy weźmie Pan na warsztat coś łatwiejszego.”

W odpowiedzi dostaję zaproszenie na casting. Myślę, że to miłe, choć mam stwierdzony absolutny brak predyspozycji aktorskich. Staję przed kamerą, już czuję, jak beznadziejnie stoję, bo stoję nie w roli. Tym gorzej stoję, bo choć reżyser Adonisem nie jest, to jednak niezłe ciacho. Drze na mnie ryja, poci się strasznie i miota, aż się załamuje, po cichu wyłącza kamerę, by nie marnować taśmy, ale staram się, tak? Pojawia się ktoś, komu zrobiło się mnie żal i daje wskazówki „Zagraj to tak, jakby Cię strasznie swędziało, wiesz, w czubie Cię swędzi” to mnie swędzi, najlepiej jak potrafi. Mam dość. Poddaję się. Życzliwy zabiera mnie na kolację, jest miło, łatwo i przyjemnie. Sekwencja od koperty, do zgaszenia czerwonej diody w kamerze powtarza się kilkakrotnie. W końcu pojęłam, że moją rolą jest sam akt niespełniania marzeń i wyobrażeń, a że masochistką nie jestem, nigdy później nie otworzyłam żadnej koperty ze scenariuszem, nie zważając na urok osobisty któregokolwiek z reżyserów.

Morał z tego taki, że choć z narcyzmem i inflacją ego nam do twarzy, to czyjaś obsesja na naszym punkcie, nie jest ani naszą winą, ani zasługą. A szkoda.

* Notka na podstawie historii dwóch aktorek.

 

O kocie, zezie i komunikacji

Specjalistą od bycia kotem w naszym domu jest kot. Dlatego nie zadaję jej za dużo pytań. Ona też nie wysila się za bardzo, bym jej naturę pojęła. Żyjemy w zgodzie, co generuje dużo sierści. Szczęśliwa miłość to ta, która nie pyta co, po co, dlaczego, na jak długo i co z tego będę miał. Miłość po prostu jest i chuj. A jak pada pytanie, rozpoczynają się negocjacje i robi się biznes. Kotka sprawiedliwie przydziela wyrazy uczuć. Jeden mówi „Kochaj mnie.”, po ludzku to znaczy, tak.  Drugi „Pierdolisz?!”, to znaczy, w przybliżeniu, nie. Zazwyczaj ogranicza się do tych dwóch, ale jest przekaz świąteczny na żywo. Siada na blacie obok komputera, otwiera szeroko wielkie czarne oczy i mówi „Tak jest, niezależnie, co o tym sądzisz.”.

Mówią, że szczęście, dobro i Bóg nie istnieją. Za górami za lasami jest Toruń, a tam, na ul. Świętego ducha 5 znajduje się klub bez szyldu i klimatyzacji„Zezowate szczęście”. To miejsce jest niezbitym dowodem, że stwórca nie dość, że istnieje, to zadekował się w piwnicy razem z całą śmietanką Torunia, mówią na niego Kapitan Wielkie Be, czasem stawia kolejkę wszystkim i czasem spłaca komuś kreskę. Nie wiem ile kilowatogodzin tam przesiedziałam sącząc podwójną Soplicę wiśniową z lodem, kilka litrów na pewno. Za barem stoją  elokwentni studenci kierunków humanistycznych, a czasem Metatron, czyli Iwonka. Jeden taki, Aj, pojechał kiedyś do Ekwadoru, wlazł na jakąś górę i tam spotkał Mongoła. Mongoł spytał Aj skąd jest, ten odpowiedział, że z Polski. Mongoł dopytał, czy zna Toruń, Aj, że a i owszem. Mongoł, a czy Zeza i Iwonkę znasz? I to definicja, czym jest Zezowate Szczęście.  Iwonka ma Zeza lat kilkanaście. Przez bar przewijają się plastycy, wykładowcy, poeci, aktorzy, filmowcy, geniusze miejscowi, przejezdni i stwórca… Wiele się tam dowiedziałam o ludziach i życiu, o literaturze, o sobie, o facetach. Najwięcej jednak o komunikacji.

„Jak dwie dekady stoję za barem, tak nie zdarzyło się jeszcze, by w trakcie dyskusji, które toczą się tutaj zawsze, ktoś kogoś przekonał do swoich racji.” Powiedziała Iwonka.

Wychodzę ze skóry, by musnąć trójkąt rembrantowski na jego twarzy. To miejsce. Od ucha do krawędzi szczęki. Od szczęki do kości policzkowej. Od kości policzkowej do ucha. Zsunąć dłoń po szyi w dół, po obojczyku. Niestety, między nami jest zbyt wiele słów. Szkoda. W zupełności wystarczyłyby, „Tak”, „Nie” i „Tak jest, niezależnie, co o tym sądzisz.”

Jedna historia, jedzenie i kamienie filozoficzne.

Pewnego dnia stałam sobie na przystanku i czekałam na autobus. Wiedziałam, że autobus, który zawiezie mnie tam, gdzie chcę się znaleźć nie odjeżdża z tego przystanku, na którym jestem.  Na tamten moment myślałam za Rilkem, że moją rzeczą jest wędrować i czekać. Może i było wtedy, ale spadł deszcz.  Rzuciłam wszystko i pobiegłam do mojej Wiedźmatki.  Wiedźmatka, mikrobiolog ze stwardnieniem rozsianym, przechylała główkę na lewo, gdy zalewałam ją olśnieniem, które brzmiało mniej więcej tak : „AA bo to wszystko, bo to zawsze, bo to nigdy, bo nie ma, bo jest, bo bla bla, bo ble ble.” Potakiwała, gdy stawiałam akcent, rozpływała się w uśmiechu, kończyła za mnie zdania i myśli, tak jak to robi zawsze. Kiedy zabrakło mi tchu, powiedziała najmądrzejsze słowa, jakie istnieją na świecie, które zapadają głęboko w duszę i czynią cuda, słowa jak rzeka płynąca przez stajnię Augiasza, wymywająca wszelkie brudy, wraki i paprochy, wszystkie gdybania, możania, powinności, słowa silniejsze niż amen, słowa silniejsze niż kocham. Dora wtedy powiedziała:  „A może byś coś zjadła?”. Wtedy odkryłam, że istnieją historie.

Najlepszym miejscem, do oswojenia historii jest ta dziedzina świata, w której historie opowiada się najdłużej. Są różne spekulacje skąd się wziął teatr. Jedna mówi, że z rytuału, druga, że z festynu. Nie wierzę w podział na sakrum i profanum, więc wydaje mi się, że zaczęło się to wtedy, gdy pojawił się ktoś, kto chciał coś powiedzieć i drugi, który chciał słuchać. Teatr w formie, w jakiej go znamy, ma ok. 7 000 lat, ma się dobrze i wszystko wskazuje na to, że będzie się miał dobrze tak długo, jak pośród rodzaju ludzkiego będzie więcej egzemplarzy, niż jeden.

Przygoda z historiami zaczęła się boleśnie, tak jak bolesne jest czytanie dla ciężkiego przypadku dyslektyka, dysgrafika, dysortografika i słuchowca. Siedem lat brnęłam przez literaturę dramatyczną. Nie mniej niż 50 stron dziennie, 5 razy w tygodniu. Jak leci, od antyku po bierzączkę. Po drodze okazało się, że dysleksja, dysgrafia są całkowicie uleczalne, ale niestety, znów stałam nie na tym przystanku, co trzeba i spadł deszcz. Dowiedziałam się, że od zarania dziejów historii dramatycznych istnieje tylko jedna historia. Jedna, na piardylion zajebilionów sposobów opowiedziana, nie jedna z wariantami, nie jedna w trzech osobach, nie jedna, a druga gratis, nie. Jedna, sztuk jeden, adin, eins, uno.  Wszystko na marne. Wszystko po nic, strata czasu, papieru, prądu, łez, potu, jedzenia i kawy. Chciałam, by dysleksja wróciła, ale nie. Już wiem jak przecinki, wiem jak wieża, a jak wierzę. Wiem, że historia jest jedna. Oto ona.

Jest środowisko, w którym żyje bohater.

Coś w środowisku sprawia, że bohater cierpi.

Bohater zdaje sobie sprawę, że chce ukoić cierpienie.

Udaje się w podróż, by zdobyć to coś, bądź zrobić to coś, co ukoi cierpienie.

W trakcie podróży bohater napotyka przeszkody.

Przeszkody ujawniają, jakim środowisko jest naprawdę albo jakim naprawdę jest bohater.

Bohater zmienia cel, bądź nie.

Pokonuje przeszkody i osiąga cel, bądź nie.

Bohater dowiaduje się czegoś o sobie (Arystoteles – komedia) albo nie, ale dowiaduje się czegoś widz (Arystoteles – tragedia).

 

Próbowałam ten schemat złamać. Szekspir pisał tak, że ten model sprawdza się dla każdej jednej postaci. „Dirty Dancing” ma taką samą konstrukcję jak „Kupiec wenecki”. Nawet filmy Lyncha, Triera, nawet Southpark, wszystko pasuje. Liczyłam na Becketta, ale też. Mann, Hesse? Też nie. Sarah Kane, Kushner, Pinter, Stoppard, nie. Dobra, gruby kaliber. Koltes! Nie. Wyrypajew? Nie. Matko boska, to chociaż liryki paniczne! Liryki paniczne tak, ale one nie opowiadają historii, a stan. Co za masakra, czyli to kamień filozoficzny?

 

Mam kamień filozoficzny. I co z nim zrobię? Opcji jest kilka.

Albo 1. Może bym go zjadła? Ale to temat na inną notkę.

Albo 2. Gdy będę szła spać, sięgnę po pudełko po ciastkach, których nie powinnam była zjeść, a w środku trzymam całe krocie kamieni filozoficznych, których nie powinnam była odkrywać. Wrzucę go tam i jak poznam kogoś, komu źle życzę, wszystkie te schematy mu dam. Ale to temat na inną notkę.

Albo 3. Zakończę tą notkę przecząc samej sobie, bo daje mi to dużo radości. Nie wierzę, że coś innego niż bohater może sprawić, by cierpiał. Nie wierzę w schematy, bo są uproszczeniem, które powstają ze strachu przed dwiema tajemnicami: Tajemnicą, co przyniesie los i tajemnicą, jaką jest drugi człowiek.  Ale to temat na inną notkę.

Albo 4.

Ofiary samoopalacza

Przyjdzie zima, bo inaczej nie potrafi. Młode aktorki od pierwszego roku szkoły uczą się niwelować jej nikczemność. Zimą twarze zapadają się od zagłębiania się w życie wewnętrzne postaci, których dramatopsarz poskąpił. Nurkowanie teatralne najlepiej wychodzi techniką Stanisławskiego, ale przy odrobinie fantazji można się pokusić o skok w koszmar defloracji metodą Grotowskiego. Ważne, by wypalić przy tym dużo życiodajnych papierosów, bo to wspiera organ emisyjny i impostacyjny, wypić dużo wódki z andropauzanalnymi mentorami, bo to dobrze robi na witalność ciała pedagogicznego, czyli oceny. Tak z roku na rok, przepiękne, mądre i wspaniałe młode kobiety są przycinane jak żywopłot, głosy wsadza się im w macice i pozbawia wewnątrzsterowności. Aktorzystka traktorzystka. Zbliża się sesja zimowa. Trzeba będze stanąć w świetle reflektorów, pokazać nabyte umiejętności. Ciała tu zapadają sie od głębin, ówdzie pęcznieją opuchlizną po wódzie, całe poszarzałe od petów, poczerniałe od mentorów.  Wtedy do akcji wkracza samoopalacz. Cud dziewczyny nakładają szybko i namiętnie uzupełniając plamy na honorze (przez vintageowe Hgh) wątrobie, tymi na  skórze.
Ofiary samoopalacza dostają wyższe i niższe stopnie, przeżywając przy tym lepsze i gorsze wódki i pety. Jedne traktują zaniżony stopień jako warsztat budowania hartu ducha, inne jako złośliwość i zazdrość wypalonych nauczycieli, jeszcze inne jeszcze inaczej, ale wszystko to nie ma znaczenia. To przygotowanie do pracy na rynku, na który państwowe i prywatne szkoły teatralne wypuszczają co roku 110 absolwentów zawodu „aktor”, a miejsc pracy jest sztuk 10-12 rocznie i to przy dobrych wiatrach emerytalnych. Samoopalacza jednak schodzi przy tym dużo.
Zastanawiam się, czy nie jest podobnie z pozytywnym myśleniem. Kocham aktorki, współczuję tym, które nie mają pracy, a zwłaszcza tym, które są urodzonymi demonami sceny. Sama często stosuję pozytywną paranoję, zaklinanie rzeczywistości, afirmacje i inne mentalne samoopalacze.
Karolina jest w moim wieku, znamy się kilka lat, nigdy nie widziałam jej smutnej, zamyślonej, żadnej innej, tylko kompletnie przeszczęśliwą. Nie dziwię się jej wcale. Jest bardzo atrakcyjna, wyjątkowo inteligentna, wykłada na uczelni, którą skończyła, rodzice ustawili ją na resztę życia, jej mąż, przenajwspanialszy mężczyzna na świecie, szlachetnie urodzony prawnik, dokłada drugie tyle, na wypadek, gdyby byli zombie. Ich wesele to był wypas, zbunkrowałam się z kimśtam w altanie i nie wyszłam dobrze na zdjęciach. Z Karoliną spotykam się raz na jakiś czas. Nie wiedziałam, dlaczego z nią czuje jakoś tak… oszukana. Myślałam, że to zazdrość, zawiść albo jakaś pochodna ryba, której nazwy jeszcze nie znam. Stawiałam sie do pionu, że może muszę zaaplikować sobie jej samoopalacz dożylnie, by nie przeżywać niektórych spraw, nie czuć żalu, smutku, najlepiej nigdy, tak jak to robi Karolina. Pustkę między nami szczelnie wypełniały różne ‚izmy i ‚acje, literatura i dobre jedzenie. Dla Karoliny jestem nakręcanym ufoludkiem, ona dla mnie króliczkiem na baterie i relacja tak trwała, nie wiedzałam po co, ale wygasnąć nie chciała. Lata płynęły, bo inaczej nie potrafiły.
To jest ten moment w scenariuszu, w którym życe wali kleksa pt: AŻ TU NAGLE.
Aż tu nagle, Karolina dzwoni, ale nie w środku nocy, normalnie, grzecznie w południe. Nie z histerią, ale spokojnie, rzeczowo, jak ktoś, kto wykłada nauki ścisłe. Dziwię się trochę, bo poza zwrotami typu „kochana” relacja jest raczej atrybucyjna, a nie zażyła, w której prawdopodobna jest kwestia „Przyjedź proszę. Najszybciej.”. Jestem w okolicy i jadę. Już na peronie miałam kwasa, że nie jest mi przenajszczęśliwiej dzisiaj, bo stało się cośtam z kimśtam, a Karolina ustanawia wysoki standard ogólnorozwojowego szczęścia, którego dziś nie pocisnę. Poznałam ją po okularach. Bez makijażu, ułożonych włosów i całej koafiury było trudno. Chwyciłam za wino, ona za jakie życie taki rap.

To było długie 12 godzin. Słuchałam, ale starałam się słuchać mądrze i mądrze nie przerywać. Usłyszałam o rodzicach, pionierach postkomunistycznej gospodarki, co wiedli podwójne życia, czyniąc małą dziewczynkę wódzianym spowiednikiem rodzicielskich skurwień. O ustawionym małżeństwie z facetem, który trzymał takiego trupa w szafie, że strach mi nawet dotknąć takie zestawienie liter na klawiaturze – o bagnie wyższych sfer, o którym się nawet brutalistom nie sniło. Jak wyglądało zaplecze wyjazdów do Aspen i weekendów w Dubaiu i o tym, jak ustawiać twarz, gdy leci sierpowy, a jak gdy prosty, a jak, gdy do tego wszystkiego wpadnie na piwko kilku kumpli, wszyscy o wszystkim wiedzą i jest ok. Padały daty, pory roku, masakra w migawkach, przeplatała miarowo swoje życie, wyszczególniajac daty naszych spotkań, co i kiedy mi skłamała. Mówiła z przyklejonym nierówno usmiechem, który czasem drgał w obrzydzenie, a gdy poleciały łzy, połykała je wprost do brzucha, jak delfin rybki i wypluwała kulki sierści w postaci rozwiązań, afirmacji, usprawiedliwień. Moje ciało chciało siedzieć i milczeć, bo głęboko wiedziało, o czym ona mówi, bo czułam, że przepaść między nami się pogłębia, mimo tego, że uczyniła ze mnie katarktycznego świadka. Tama jednak wytrzymała. Jednak coś wyuczonego sprawiło, że powiedziałam coś na pocieszenie, co wypada, co należy. Sprawdziła dla mnie pociąg powrotny. Co się działo z nią dalej, nie wiem. Nie pisze, nie dzwoni. Usunęła mnie ze znajomych. Rozumiem.
Emocje zawsze kojarzyły mi się z wodą. Od dziecka marzyłam, by mi wyrósł piękny złoty ogon welonki, pod żebrami skrzela, bym mogła w wodzie zapomnieć o grawitacji, oddychać wodą, mówić wodą, kochać się z wodą, wodą. Moje ciało głaskały by meduzy łun światła, podglądałabym dresiarzy rekiny, delfiny z zespołem downa, taniec synchroniczny ławic chińczyków, żywiłabym się w nieprzebranym bufecie frutti di mare i ciszy.  Z tych fantazji wyrosłam, ale wiem, że emocje, zawsze wybiją. Pilnuję by wypływały na bierząco, jakie są, by nie oberwać sierpowym w twarz od samoopalacza.

 

I taki to będzie blog. Param pam pam.