Zaklinaczka psychopatów

ORozdział

 

Na widowni w teatrze poznałam studenta medycyny, o urodzie Doriana Graya. Po udanym spektaklu, poszliśmy na jeszcze bardziej udaną kawę. Przeżyłam pierwszy orgazm mentalny z kimś, kto czytał moje ulubione książki, a wtedy wielbiłam te stare, grube i trudne. Po ustawowych 7 kawach przenieśliśmy się do naszych bibliotek. Jego powaliła mnie na kolana. Było tam wszystko, co miałam na liście „do przeczytania” i „do kupienia jak będzie szmal”.  Skrzenie było tak intensywne, że trzeba było pilnować, by nie zajęły się płomieniem naszego porozumienia opasłe tomiska, po które co i rusz wstawał, by przeczytać mi skrupulatnie, linijką podkreślone fragmenty. Mijały trzy miesiące, ja wciąż siedzę na kanapie, on na fotelu i choć nie jestem małostkowa, to zastanawiam się, czemu tarzamy się w treściach, a nie po podłodze…

Mieliśmy lot po trawestacjach i reinterpretacjach Fausta. Mnie znosiło na Mana, jego na Goethego. Wzrok mi utkwił w podłodze, tam zobaczyłam jego stopy, założone na siebie, bezbronnie, podwinięte palce.

- Ale w sumie, co nas, młodych ognistych, obchodzi historia kolesia, któremu nie staje i łyka szatana?

To była pierwsza ostra kłótnia. Wysiadłam, gdy zarzuty oblekał w cytaty z „Dialektyki Negatywnej” Adorno, którą mamy oboje, tyle że on przeczytał ją ze zrozumieniem, a ja w sekrecie ozdabiam nią półkę. Rzucił we mnie wieżą Holderlina, ale tak abstrakcyjnej finty już nie przełknęłam.

Happy end był nieunikniony. On ożenił się z pielęgniarką z czwórką dzieci, a ja byłam do przodu o cztery metry półki, których nie musiałam ani kupić, ani przeczytać, ani zrozumieć. Jest teraz jednym z lepszych okulistów w kraju.

&nbsp

 

Rozdział

 

 

Zaczepił mnie kiedyś w necie pewien zbuntowany nastolatek koło 30tki-40tki, obdarzony zapierającą dech w piersiach inteligencją, bujnym życiem wewnętrznym i nietwarzowym nazwiskiem. Jak przystało na egzaltowaną nastolatkę, zakochałam się w nim bez pamięci, ale pech chciał, że wolał moje koleżanki. Łatwo się nie poddaję, więc rzuciłam:

- Co ci szkodzi zakochać się we mnie do szaleństwa i rwać włosy z pośladków? – i dałam w długą.

Wyszło na jaw, że nic nie stało na przeszkodzie i jak tylko zmieniłam miejsce zamieszkania i obiekt niepamięci, padł z wrażenia, jakie na mnie robił. Minęło 10 lat i mijamy się czasem na światłowodach. Koniec jest taki, że wilk syty i wilk syty, bo czasem cytuje tamtą zakochaną w nim nastolatkę, co bardzo miłe i to piękny, obosieczny happy end. Tylko tych pośladków szkoda, ale czego się nie robi dla psychopatów.

O schematach, tajemnicy i autopilocie

„Gdybyśmy nie mówili schemat tylko szemat, mówilibyśmy schuja zamiast szuja.”

Tak mi powiedział pewien stary Żyd, aktor i pianista Mikołaj, z którym przegadałam 4 lata, a że ja miałam wtedy lat 15, a on 70, nikt naszej przyjaźni nie rozumiał, z nami włącznie. Nam zrozumienie nie było na nic potrzebne, bo mieliśmy teatr naszej relacji, całe spektrum jego przeszłości i mojej przyszłości, literaturę, jedzenie, papierosy i kawę, a każde z osobna wystarczałoby w zupełności, by usprawiedliwić to zjawisko, jednak otoczenie przylepiało nam schematy. Ona dziecko, on pedofil. Ona uczennica, on mistrz. On były, ona przyszła. Ona Strzelec, on Lew. Wszystko to była nieprawda, która budziła w otoczeniu dużo agresji.

Są na świecie dwie tajemnice, które paraliżują albo mobilizują ludzkość. Tajemnica co będzie i tajemnica drugi człowiek. Tajemnica budzi zarówno strach i lęk, bo nie można przewidzieć potencjalnego cierpienia, jakie przyniosą i jedno, i drugie. Stąd się wzięło wiele gałęzi nauki i nie nauki, psychologia i jej prababcia, astrologia, która obskakuje dwie tajemnice na raz. To fantastyczne, że ten drugi człowiek jest na wyciągnięcie ręki, ale prawdę o nim ludzie upatrują kilka tysięcy kilometrów stąd w układzie i ruchu wielkich kul gazu. Niesamowite, że każdy wie, że kiedyś umrze, ale chce wiedzieć kiedy, jakby to miało jakieś znaczenie.

Nauka wszelka składa się z części opisowej, a pointę i zwieńczenie uzyskuje w schemacie. Schemat to ta część, która zakłada, że przyczyna powoduje skutek, co jest na moje oko bzdurą. Przykład śpi właśnie za moimi plecami – mój siostrzeniec, Kamil. Fakt, że pojawił się na tym świecie przeczy prawdopodobieństwu. Fakt, że jest zdrowym, wypasionym czternastolatkiem też. Fakt, że obijamy się po Żyrardowie i gadamy o kobietach, tym bardziej. Fakt, że Kamil jest utalentowanym, poczatkującym Beatboxerem, a geniusz i prekursor w tej dziedzinie, Filip, mieszka tutaj i poszukuje kogoś, kto nauczy go podstaw reżyserii i dramaturgii i ukręcimy z tego jakiś barter… Schemat nie jest i nie może być prawdziwy, bo jest uproszczeniem, które ma za zadanie obronić człowieka przed dwiema tajemnicami. Jeśli bronią przed tajemnicą, znaczy, że tajemnice są zagrożeniem. Problem w tym, że człowiek chce czuć się zagrożonym. Obiektywnie zagrożenie nie istnieje.

Mam wielkie pudło w domu. W nim trzymam tysiące schematów, które kiedyś miały mnie obronić przed tajemnicami. Jednak teraz jadę na autopilocie i bawię się wyśmienicie. Czasem zdarza mi się złapać za ster, schemat, wycenić tajemnicę drugiego człowieka na walutę tajemnicy przyszłych, prawdopodobnych cierpień.  Szybko się kontroluję i puszczam kontrolę. Oddycham głęboko i się cieszę.

Pieniądze, wskażcie mi drogę bo błądzę.

Przycupnęłam w pociągu cichutko jak czarnoksiężniczka i nasłuchuję, co tam gra  w podświadomkach. Taki mniej więcej monolog usłyszałam.

„Potrzebuję Cię, uwielbiam kiedy jesteś, wtedy jest szczęście i wszystko jest możliwe. Dajesz mi wolność, dajesz mi radość, dajesz mi spełnienie.  Nie mogę się Tobą nacieszyć, bo jak tylko się pojawisz, zaraz są jakieś komplikacje. Zazdroszczą mi Ciebie, dlatego nie mogę o Tobie mówić otwarcie. Nie mogę nikomu powiedzieć, że Cię nie ma, bo to upokorzenie. Trzeba się za Tobą strasznie długo uganiać.  Nigdy Cię nie ma, gdy naprawdę Cię potrzebuję. Zawsze jest Ciebie za mało. Nigdy dość. Jakie piękne były czasy, gdy Cię nie było na świecie… Wiesz co, właściwie to wolę by Ciebie nigdy nie było, byś nie istniał. NIENAWIDZĘ CIĘ. Zabijają się o Ciebie, mordują, jesteś złem. Dajesz tylko Żydom i mafii. Wypad z mojego życia. Czekaj, co robisz, gdzie idziesz, wróć! Wracaj, zostań, już będę dobra. Potrzebuję Cię, zostań. ZOSTAŃ, WRACAJ!!! NATYCHMIAST. BŁAGAM. Pieniądze, kocham Cię. ”

Taka relacja przeciętnego zjadacza chleba z pieniędzmi. Do złudzenia przypomina schizo-love nastolatki, której hormony walą w dekiel. Seks, nagość, intymność, wiara, trans, wyższe stany świadomości i wtajemniczenia nie są tabu, wszystko jest odarte z tajemnicy, poza ostatnim tabu- pieniędzmi. Nie umiemy o nich rozmawiać, myśleć, są obleczone poczuciem winy, krzywdy, wstydu, żalu, strachu, pożądania, złości, pychy… Emocjami, które drenują do cna. Wcale się nie dziwię, bo chcemy tego czy nie, to właśnie pieniądze są bezlitosnym recenzentem tego, czy to, co mamy do zaoferowania światu, jest komuś potrzebne. Co ważniejsze, to barometr tego, jak sami siebie wyceniamy. Boimy się pieniędzy, bo one dają możliwość, robienia tego, co się chce, bycia sobą. Ludzie bronią się przed pieniędzmi, bo lękają się, że im się nic nie chce, lękają się, kim by byli, gdyby mogli być wszystkim, kim by byli, gdyby nie byliby ofiarami.

To tarcie powoduje serię paradoksów. Moje ulubione: Prezenty, których wartość rynkowa jest oczywista, które mają zdartą albo zamazaną cenę. Pozycjonowanie marek, których wizerunek jest o klasę wyższy, niż wyporność finansowa grupy docelowej, co sprawia, że wszystkie klasy są aspirujące. Przekonanie, że rozwój duchowy jest nierozłączny z ubóstwem, jednocześnie instytucja kościoła powstała dzięki dziesięcinie, która była podatkiem, opływa złotem i łańcuszki z Matką Boską są zawsze ze złota. Ludzie, którzy chodzą po domach zbierając jedzenie, którzy mówią najpierw, że nie chcą pieniędzy. Zachowanie ludzi, gdy im mówisz, że Ci się wiedzie. Zachowanie ludzi, gdy im mówisz, że Ci się nie wiedzie. Ludzie, którzy grają w totolotka, bo uważają, że nie zasługują na inne pieniądze, jak przypadkowe. Firmy, które opiekują się tymi, którzy nagle wygrali kilka milionów, bo co oczywiste, doprowadzają się do bankructwa w kilka lat i zostają z większymi długami, niż wynosiła wygrana. Ludzie, którzy kradną np. drobne rzeczy w pracy, bo uważają, że nie zasługują na inne pieniądze, jak kradzione, a potem, Ci ludzie, zazwyczaj są okradani. Usługodawca, który nie potrafi przyjąć zapłaty w gotówce i daje numer konta albo bierze pieniądze do ręki nie patrząc w oczy i mówi cicho „Dzięki”. Wielomilionowe dotacje unijne dla firm o stażu krótszym, niż 2lata, które nie zaznały jeszcze innego Zusu niż preferencyjny, dla ludzi, którzy biorą dotację, bo nie mogą znaleźć pracy, mają mniej niż 27 lat, nie znają rynku, co sprawia, że gówniarze dumpingują ceny i psują rynek. Opór, w wyrażaniu uczuć w postaci dawania pieniędzy, jakby rzeczy były czystsze, lepsze, bardziej szczere. Ludzie, którzy wierzą, że pieniądze przychodzą, gdy się ciężko pracuje i dopada ich wypalenie zawodowe, depresja, potem traca pracę. Ludzie, którzy wierzą, że pieniądze przychodzą im bez większego wysiłku i one kleją im się do rąk, dzielą się nimi i nie doświadczają ich braku.

Dziwię się, że dramatopisarze tak rzadko nawiązują konflikty wokół pieniędzy, jakby świat teatru był ponad to… Dużo miejsca dawał na pieniądze Szekspir, Czechow, Molier, tam status i finanse należą do ważniejszych spraw w rozegraniu konfliktu. „Kupiec wenecki” jest o tym, że każdy przelewa uczucia nie na to konto, na które powinien. Antonio kocha Bassania i go utrzymuje. Bassanio nie kocha Antonia, bliski jego sercu jest jego kolega, ale sam uderza do Porcji, bo ta jest bogata. Kolega bierze sobie za żonę Jessicę, licząc, że ta, zawinie po ojcu, Żydzie fortunę, ta oczywiście nic nie zawinęła. Porcja została z fortuną po ojcu, co sprowadza do niej tłumek interesownych typów, ale zakochała się w najbardziej interesownym i najbiedniejszym z nich i to ona wykupuje za fortunę Antonia, kochanka swojego narzeczonego. Szajlok kocha swoją córkę, która go okradła, więc pokochał zemstę, która go doprowadziła na wygnanie. Finał jest miażdżący, bo wszyscy zostają z niczym.

Pieniądze są krwią świata, manifestacją energii życiowej w  świecie materialnym. Prądu morskiego nie można wartościować, nadać mu znaczenia, po prostu jest, bo jest potrzebny. Cały sekret w tym, by mieć do niego zdrowy stosunek.

Pochodzę z zamożnej rodziny. Dzieciństwo spędziłam w dobrobycie. Niezależność to najsilniejsza wada mojego charakteru, więc zaznałam też skrajnej nędzy. Wiem, co to znaczy kilka miesięcy jeść ziemniaki, dodawać śmietanę, by nie dostać anemii. Wiem co to znaczy spać przez tydzień, by nie odczuwać tak bardzo głodu. Znam długi, odcinane media, spanie na dworcu. Dobrze się stało, bo wiem, że nie ma się czego bać. Dzisiaj, mam na sobie różową suknię, jak ją założyłam, padłam na kolana z wrażenia. Sukienka kosztowała pieniądze. Piszę na komputerze, który kosztował pieniądze. Dom, za pieniądze, ocieka książkami, za pieniądze. Jem krewetki, które kosztowały pieniądze. Za pieniądze kupię łuk i strzały i nauczę się strzelać. Za pieniądze polecę na Bali i kiedyś kupię tam może dom nad morzem. Piszę literki, za które dostaję pieniądze. Robię meble ze stali, za pieniądze. Prowadzę zajęcia tańca brzucha i wystawiam łapkę, po dwie dychy. Lubię pieniądze. Dają mi szczęście. Oczywiście go nie gwarantują, bo najpierw trzeba chcieć być szczęśliwym, żeby ono mogło się wydarzyć. Podobnie jest z pieniędzmi. One się nie przydarzają ludziom, którzy żywią do nich szczerą schizo-love.

 

O przetrwaniu

 

Pewnego dnia, zagubione na wietrze nasiono topoli wylądowało na dachu starej, opuszczonej elektrowni. Spadł deszcz i nasienie wpłynęło w wyszczerbioną spoinę między cegłami. Wiatr wysuszył wodę i przywiał kurz, otulił nasionko. Inshallah pomyślało i czekało. Spadł deszcz. Nasienie stwierdziło, że skoro tu jestem, dam sobie radę. Zapuściło korzenie. Maleńkie, jak mało miało miejsca. Wypuściło kiełek ku jedynemu słońcu. Przyszła zima, przetrwało pierwszą głuszę i mróz. Przyszła wiosna, rozpychało się korzeniami w spoinach, wypuściło liście i gałęzie, maleńko, tylko tyle, jak mało miało miejsca. Przyszło lato, wytrzymało suszę, przyszła jesień, wytrzymało wichury. Wpuściło korzenie głębiej, gałęzie wyżej, tylko tyle, jak mało miało miejsca. Żyje tak na dachu starej elektrowni i spogląda na mnie przez okno. Mówi, że i tak przetrwamy, nawet jeśli z nikim nie możemy się podzielić, jak nami ten wiatr kurwa telepie. Choć mało mamy miejsca, patrzymy na świat znad ziemi, rozbijamy korzeniami cegły, przetrwamy.

Mów do mnie szyfrem

Pewien cesarz pojął za żonę dziewicę z odległego kraju i długo przebywał z nią w jej ojczyźnie.

Dj: Bo w każdym człowieku jest dwóch tancerzy. Prawy i lewy. Dwaj tancerze – płuca. Płuca tańczą i dostarczają mu tlenu. 

Pewnego dnia chciał wrócić do swojej ojczyzny, ale jego małżonka nie chciała się na to zgodzić i powiedziała: „Jeśli odejdziesz, zabiję Cię!”

Dj: Bo każda kobieta jest biorcą tlenu, ale nie każda jest jego dawcą. 

Cesarz kazał wykonać dwa pierścienie. Jeden dawał wspomnienie, a drugi zapomnienie. Pierścień wspomnienia włożył na swój palec, a pierścień zapomnienia wręczył swojej żonie.

Dj: I aby oddychać pełną piersą wziął tlenodajną łopatę i zabił żonę beztlenowca. Taniec zaczął go wciągać i wciągnął go do innej krainy. Tam był tylko ruch i taniec. I taniec tak go wciągnął, wciągnął i już tak mocno wciągnął, że postanowił już na zawsze pozostać w krainie tlenu. 

Cesarz wrocił do swojej ojczyzny i stał się Czarnoksiężnikiem. Miał bardzo piękny ogród, a w nim tyle wonnego kwiecia, słodkich owoców, rozkoszy ziemskich, że przebywanie tam było nieziemską przyjemnością. Ci, którzy, raz się tam znaleźli, widząc tyle wspaniałości, prosili, aby wolno im było tam pozostać do śmierci.

DEALER: W chwili gdy pan mnie dostrzegł, linia po której pan kroczył, uległa wygięciu, i to nie wygięciu oddalającemu ode mnie, lecz wiodącemu ku mnie, gdyż inaczej nie spotkalibyśmy się nigdy, bo ja przemieszczam się niemal nieruchomo, jak ktoś, kto z jednego i miejsca wypatruje przechodnia i czeka, aż ów zboczy z drogi, jednak jedyne co się liczy to fakt, że spojrzał pan na mnie, a ja na pana, tymczasem linia, po której pan zmierzał , z absolutnej, jaką była, przekształciła się we względną, ani prostą, ani wygiętą, lecz fatalną.

Czarnoksiężnik zgadzał się na prośby pozostania w czarodziejskim ogrodzie, ale tylko pod warunkiem, że on, Czarnoksiężnik zostanie ich spadkobiercą. Przybysze wierzyli, że ogród jest rajem, w którym będą mogli pozostać na zawsze i przyznawali mu dziedzictwo. Czarnoksiężnik przeglądał się w pierścieniu wspomnień, wstawał nocą i zabijał ich we śnie.

KLIENT: Okrucieństwo nie polega na tym, że jeden człowiek rani drugiego, go okalecza, torturuje, obrywa kończyny i głowę, nie. Prawdziwe okrucieństwo jest dziełem tego zwierzęcia lub człowieka, który porzuca inne w stanie nieukończonym, w zawieszeniu jak wielokropek pośrodku pełnego zdania, czyniąc tym samym, z innego zwierzęcia lub człowieka, pomyłkę spojrzenia, pomyłkę osądu, pomyłkę po prostu, jak ledwo zacz­ęty list, który gwałtownie mnie się w garści tuż po napisaniu daty.

Tak, przy pomocy wspaniałego ogrodu, Czarnoksiężnik dokonał nieprawdopodobnej wręcz ilości spełnienia marzeń.

DJ: Tak więc, aby mieć prawo do życia na tej ziemi, trzeba nauczyć się oddychać powietrzem i w żadnym wypadku nie uzależnić sie od tlenu, bo jeśli wpadniesz w ciąg tlenowy, to ani pieniądze, ani nawet śmierć nie będą w stanie ograniczyć tej żądzy piękna i wolności, która Cię posiądzie.

 

 

Na podstawie kilku opowieści z „Gesta Romanorum” + „Tlen” + „Samotność Pól Bawełnianych”. Fragmenty po wolnej i dowolnej obróbce.

Bajka o przeszkodach

Leżę na kanapie i patrzę na ścianę. Ma 185 lat i marzę, by kiedyś znalazł się na niej neon „Things ain’t always what they seem in this place. So you can’t take anything for granted.”*

Napisałam życzenie, odpowiadam za spełnienie. Stawiam miotłę pod ścianą, bo przyjdzie ktoś z wiertarką, cegła zapłacze ceglanymi łzami, aż wyłoni się tatuaż cały ze światła. Powiem jej: Poboli, poboli, przestanie. Lubię Cię. Jest dobrze.

Pierwszym prezentem dla mojego domu był posążek Ganeshy. Ganesha jest bożkiem, który usuwa przeszkody. Taki czas, że puściłam kierownicę, kładę dłonie na udach, zamykam oczy, oddycham i przyzwalam. Przeszkody niepielęgnowane pokonywaniem znikają. Porządek staje się sam, a droga jest czysta.

Moja mama sprzedała mieszkanie. Nie było nam tam dobrze. Jeden pusty pokój, rana brocząca przez trzy życiorysy. Poszło, nie ma. Mama opowiada, jak znajdowała mnie pod stołem, gdzie rozmawiałam ze swoimi paluszkami, bo jak zjem wystarczająco skrzydełek kurczaka to wyrosną mi skrzydła i będę dyrektorką wielkiej fabryki czekolady. Droga była i jest znów prosta. Mam wielkie skrzydła, wzbijam się i układam cegiełki korporacji, a paluszki zastępują mi ludzie, którzy chcą słuchać  kawałków mojej czekolady i częstują mnie swoją. Wszystkiego jest dużo i wystarczy dla wszystkich.

*Robal w filmie Jima Hensona „Labyrinth”, 1986

 

Seduction is a lie

Półtorej godziny, tętno na poziomie 85-90%, mdleją pięści, mdleją ręce, miękną nogi, ktoś krzyczy, do końca, na oślep, na maksa. Ding! Ding! Koniec! Widzę gwiazdy, latam w światłach! Ale to tylko deficyt tlenowy. Bum.

Sport jest najszybszą drogą do kalectwa, ale brak sportu to wrodzone upośledzenie. W sumie każdy sport to dokładnie to samo co taniec, czy sztuka walki, tylko bez intencji. Zboczyłam z ulicy tańca i jogi, w przecznicę mixed martial arts, wszystkiego trzeba się uczyć na nowo.

Taniec, to estetyzm i iluzja. Zaprowadzi Cię tylko tam, gdzie jest urokliwie, a rzucanie uroków oddziałuje głównie na rzucającego. Walka to no bullshit zone.

Choćby w postawie. W tańcu najważniejszy jest glamour, to jak o wygląda, niezależnie, co działa. W kickboxingu istotne jest to, co działa, niezależnie, jak wygląda. W tańcu: stoisz, prosto jak struna, cycki wysoko, wysokie biodra, z tendencją do wypinania tyłka, ramiona jak skrzydła, daleko od ciała, palce jak pióra, stopy jak po płatkach róż, palce pięta. Pozycja wyjściowa do walki: klatka piersiowa opuszczona, brzuch twardy, podkurczone ramiona przyklejone do ciała, jedna pięść chroni twarz, druga serce, przez co się garbisz, tyłek  pod tobą, nogi ugięte, pięta palce. Mocne, akcentowane kroki. Taniec zakłada wykorzystanie całego zakresu ruchu jaki masz, a jak wypuszczasz kopniaka albo cios, to musisz zatrzymać ruch przed przeprostem, bo przy odrobinie dynamiki, wywali Ci staw.

Cała ta zamiana ma jeden skutek uboczny… Ciało domaga się kaszanki, wieprzowiny i innych świństw.

Zaklinaczka psychopatów. Rozdział 0

Ada Konieczny

„Zaklinaczka psychopatów”

Rozdział 0
   Gdy miałam cztery lata, mama położyła mnie spać z synem jej koleżanki, z cherubinkiem Dawidkiem. Dawidek najpierw starał się włożyć mi palec do nosa, potem chciał obmarować mnie smarkiem, na koniec wymyślił zabawę w wykręcanie kciuków. Mama mówiła, że jak biją, to oddawaj dwa razy mocniej. Może dzięki temu tak błogo zasnął, ale po chwili tak się wiercił, tak mnie skopał, że go obudziłam. 

– Dawidku, nie mogę z Tobą spać, bo mnie kopiesz.
– Adulku, ale ja Cię tak bardzo lubię! 

I tak zaczęła się moja przygoda z psychopatami.

A-a-a. Wilkołaczki trzy

Zadawanie się z oświeconymi jest z wszech miar upierdliwe. Bo nie lewitują nad jeziorem w lotosie puszczając bąki, by medytować karmę w pierścieniach na wodzie. Nie siedzą w aśramachw Indiach, ani w klasztorach w Nepalu. Nie prowadzą w złotym turbanie wiernych. Nie sypią złotymi myślami z rękawa i nie dają dobrych rad. Z tymi, jest łatwo.

Dora opowiedziała mi całe moje życie, przeszłość ze szczegółami, przyszłość w trzech słowach. Radośnie oznajmiła, że nauczy mnie wszystkiego.

Dora z zawodu jest mikrobiologiem, pracowała w szkole i laboratorium. W wieku 25lat zdiagnozowano u niej stwardnienie rozsiane. Powoli musiała się wycofać z zawodu. Poznała kobietę smoka, z którą robiły w latach 90tych boom na ezoterykę, prowadząc wydawnictwo. O magii mówi, że kto ma wiedzieć, wie, a dla reszty robi się zabawki, stopnie wtajemniczenia i duchowe zagrożenia, jak demony, klątwy i uroki. Dora zrozumiała, że dostała to za darmo i nie może za to brać pieniędzy. Coś się przelało, jak zaczęły pisać książkę o urokach […]. Pracowała na kasie w sklepie. To jedyna praca, na którą pozwala jej choroba. O s.m. mówi, „Moje zwierzątko, mój rak, co zabiera mnie tyłem do domu.”. Bierze udział w eksperymentalnej terapii. Czuje, jakby do mózgu ktoś jej wlewał beton. Z Waldkiem poznali się w podstawówce. Byli w sobie zakochani kilka lat, ale matka Dory nie pozwoliła im się spotykać. On się ożenił z fryzjerką, ona ze sprzedawcą samochodów. Oba związki się rozpadły. Spotkali się na przystanku autobusowym, gdy mieli lat 39. Uczepili się siebie pazurami, dziesięć miesięcy później, w 21.08.2004, urodziła się Ola. Lekarze zalecali aborcję, bo nie widzieli możliwości, by 40letnia kobieta z s.m. urodziła zdrowe dziecko. Ola, urodziła się bardziej niż zdrowa. […] Do dziś jest królową rebelii.

Trzy lata żyłam w trójkącie. Rano studia, popołudnie teatr, wieczór u Dory.  To, co widziałam i słyszałam w szkole, wykluczało się z tym, co widziałam i słyszałam w teatrze, a nauki u Dory wykluczały i jedno i drugie. Panowie czynili orędzia. Przemowy, agitacje, konstatacje. Wielu było wielkimi mędrcami i złamali pin kod matrixa. To były bardzo mądre rzeczy, ale one nie były po to, by napełnić ucznia, ale po to, by opróżnić mistrza. Każda kobieta tę różnicę rozumie. Dora, siadała ze mną w kuchni, maleńkiej, zastawionej pudłami. Robiła nam kawę i jedzenie. Wyciągała przemęczone nogi. Brenda kładła się pod jej stopami.  Ola wstawała w nocy i przychodziła do nas. Mówiła, że jak jestem, są wszyscy. Wyjątki, święta, które stały się tradycją. Nauka polegała na tym, że cokolwiek nie mówiłam, Dora kończyła za mnie zdania, jakby czytała w myślach i zamykała całą rzecz w symbolu.

Kiedy przynosiłam jakiś pogląd, pogodnie się zgadzała. Przynosiłam pogląd sprzeczny, też się zgadzała. Podobnie było, gdy przynosiłam w zębach historie o ludziach, kąski mięsa teorii psychologicznych… Nosiłam drewno do lasu.

Robiłam znajomemu kawę. Podałam kubek niezręcznie, a on zaatakował, że jestem mańkutem. Zapytałam Dory, czy bycie leworęcznym coś tu znaczy. „Kotku, on wie, że jest gejem i nie chce, by inni to wiedzieli.” Comming out zrobił kilka miesięcy później.

Zapytałam jej kiedyś, czy mam starą duszę.

- A badałaś kiedyś iloraz inteligencji?

- Tak. Wtedy był bardzo wysoki. Ale badania na inteligencję mierzą tylko umiejętność rozwiązywania testu na inteligencję.

- Czyli miałaś więcej niż inni, byłaś lepsza niż inni, a potem okazało się, że to nie ma znaczenia.

 

Mam zakuty łeb, zadawałam dalej debilne pytania. Wysłała mnie na targi ezoteryczne. Dostałam zadanie. Mam kupić sobie narzędzie, jakie tylko chcę, ale jest jeden warunek. Muszę kupić je od osoby, od której kupiłabym pietruszkę na bazarze. Wróciłam z pietruszką i warzywami na kolację.

Miała rzut choroby. Parszywy. Zgroza. Strach. Waldek nie przeżyłby dnia bez niej. Co by się stało z Olą? Co ze mną? Szpital. Było źle. Sterydy, doszła infekcja, czuwaliśmy na zmianę. Przez sen mamrotała „Jeśli to dziś, to dobrze. Jeśli nie dziś, to też dobrze.”. Jak się obudziła, Ola jej powiedziała „Nie dziś mamo.”. Wyszła z tego natychmiast. Kilka lat już nie ma rzutu.

Człowiek oświecony ma to do siebie, że nic od niczego i nikogo nie chce. W działaniu do złudzenia przypomina człowieka w apatii, żałobie i winie. Różni ich jakość niechcenia. Oświecony nie chce z głębokiej zgody. Oświeconego nie da się zranić, bo wie, że to on decyduje, czy odda się spijaniu soczku z bycia ofiarą. Wie, że te soczki zabezpieczają, jak formalina, przed zmianą, pomagają umrzeć za życia. A Dora nie wierzy w śmierć ani za życia, ani po nim.

Dora zgadzała się na moją pieprzniętą potrzebę ratowania wszystkich i wszystkiego. Dostawałam wścieklizny widząc, jak ją traktują w pracy. Pokazała mi blizny na nodze. Brenda chciała ją obronić przed innym psem. Okrutnie Dora się przy tym potłukła. Nie zrozumiałam. Wzięłam Brendę na tresurę. Nauczyła się siadać, chodzić przy nodze i nie rzucać się na psy. Oddałam naprawioną. Brenda jest wilkiem. Nowe umiejętności były aktualne tylko gdy byłam obok. To jest jej stado i broni go tak, jak uważa.

Raz, zobaczyłam wschód słońca nad polami gryki z człowiekiem, którego kochałam. Poczułam, że wszystko jest doskonałe i świat nie potrzebuje ani moich kwadratowych jaj, ani siły, ani tresury.

„Córeczko, zmienisz świat z doskonałego, jakim jest, w doskonały, jakim zawsze był. Każdy, kto stanie na Twojej drodze, zmieni się, z doskonałego, którym jest, w doskonałego, którym zawsze był. Sama też się zmienisz z doskonałej, którą jesteś, w doskonałą, którą zawsze byłaś. Weź Brendę na spacer. Wracając kup chleb. ”

21 sierpnia, na 9 urodziny Oli, Ola Dora i Brenda przyjeżdżają do Żyrardowa. Jeśli ktoś jest chętny dołączyć do naszej watahy, to zapraszamy kogoś do wożenia nas po Warszawie. Ola jeszcze nigdy nie była w Warszawie. Jeśli ktoś rozwali centrum kopernika albo zoo, to nie mówicie nikomu, że ona tu jest.

She Wolf

Brenda jest w jednej szóstej wilkiem. Rasę zwą wilczakiem czechosłowackim. Jest pierwszym psem, którego się nie boję.  Może dlatego, że jest wilkiem.

Szukałam lodówki. Rozbijałam się po Białymstoku na białym rowerze, od komisu, do komisu. Lodówka miała być mała, tania i działać. Był problem z działaniem, dlatego bezzębni sprzedawcy zapraszali na wieczne za tydzień. Szukanie lodówki stało się sobotnim rytuałem, aż zapomniałam, czego szukałam. Raz, jak co tydzień, zaparkowałam rower pod komisem, idę usłyszeć, to co zwykle. Kilkanaście metrów dalej stała grupa facetów, jeden z psem. Pies, jak tylko mnie spostrzegł, zaczął się rwać. Facet trzyma sznur krócej. Rwie się mocniej. Facet szarpie. Pies skomle. Staje dęba. Facet wrzeszczy. Przeciągły skowyt, prawie śpiew. Facet złapał psa. Odwinął mu się.  Puścił sznur. Biegnie w moją stronę. Życie przeleciało mi przed oczami. Zesztywniałam. Zwalista masa szarego futra biegnie na mnie. Wyhamowała, ukłoniła się na przednich łapach i zaczęła wokół mnie skakać. Zawinęła się jej łapa w sznur, więc jej go odwinęłam. Nie wiem co dokładnie było dalej i ile to trwało, byłam w szoku. Pamiętam, że cały czas pies na mnie skakał, lizał, obwąchiwał i chciał się ganiać. Właściciel suki, Brendy, nazywa się Waldek i dogadaliśmy się, że ma lodówkę dla mnie i  podrzuci ją dzisiaj do domu. Dałam adres i jakimś cudem nie zastanawiałam się, czy czerwony kapturek nie wpakował się właśnie z wilkiem w krzaki.

Waldek przyszedł z lodówką, która, jak czytelnik może się domyślać, nie działała. Próbował ją naprawić, bezskutecznie, rozwalił kciuk. Chciałam opatrzyć, ale wspomniał o swojej żonie i jej sposobach na skaleczenia. Nie wiem czemu, ale spytałam, czy jego żona nie ma długich czarnych włosów. Przechylił głowę na lewo. Uśmiechnął się pod wąsem. Wziął z biurka kartkę i długopis. Poprosił mnie o moją datę urodzenia. Napisałam. Powiedział, że dzisiaj, 24 lipca 2008, jego żona obchodzi 45 urodziny. Zaprosił mnie na kolację. Podsumowując: byłam bliska zejściu na zawał, zakochał się we mnie wilk, dostałam za darmo niedziałającą lodówkę, od faceta, który pyta mnie o dane osobowe, jego żona, której fryzurę znam, ma dziś urodziny. Podlasie psia jucha ale jestem na tak. Idę.

Byłam przed czasem. Otworzył mi drzwi ktoś, kogo dobrze znałam, ale pierwszy raz widziałam. Maleńka kobieta z czarnymi włosami, drobnymi stopami, delikatnymi dłońmi i dzikim, wilczym spojrzeniem. „Nareszcie jesteś.”. Oto ktoś, z kim wymieniam pierwsze zdania, ale to była kontynuacja raptownie przerwanej kiedyś rozmowy.  Wnosząc na stół białoruskie potrawy opowiedziała całe moje życie. Brenda, położyła się, spokojna u nóg Dory. Czasem na nas spoglądała.„Dobrze, że już jesteś. Dobry wilk.”.

I tak wilk przyprowadził mnie do domu. Opowieść o Wiedzmatce, choć toczy się już pięć lat, muszę brutalnie przerwać. Po pierwsze dlatego, że tendencja nieprawdopodobieństwa od tego momentu rosła w tempie arytmetycznym, a po drugie, zdaję sobie sprawę, że numer do Tworek czy Choroszczy jest ogólnodostępny, jak i mój adres zamieszkania.

Jeśli czytelnik doczytał tak daleko, to życzmy Dorze wszystkiego najlepszego z okazji 50tych urodzin.