Psychologia

O przeciwieństwach i biznesie

 

Jestem osobą wysoce niedoskonałą. Wybujałe ego bije z poprzedniego stwierdzenia na kilometr, bo nawet niedoskonała staram się być w sposób wyniosły. Gdybym mogła moje ego przedstawić, w tyłek lalki wbiłabym kijek. Była by to kukła goryla wielkości kapucynki, której wydaje się, że jest seksy jak pantera, a potężna jak king kong. Egocentryzm i tendencja, do trzymania nosa we własnym zadku jest najmocniej zwalczaną, dlatego napiszę o przeciwieństwach.

„Przeciwieństwa się przyciągają, aczkolwiek jedno może zostać pożarte.” Powiedziała doktor psychologii, 60 letnia trzpiotka o moherowym systemie wartości, która jedne zajęcia z rozwoju osobowości dziecka, poświęciła na wyłożenie niesłuszności seksu analnego. Kukiełka mojego ego z kijem w tyłku się z nią szczerze nie zgadza.

To, przed czym uciekasz, goni Ciebie. Moi rodzice są hybrydami. Od pasa w górę artyści, od pasa w dół przedsiębiorcy. Tata nauczył mnie, że biznes to ludzie + „kupić taniej, sprzedać drożej”. Mama nauczyła mnie, że moja praca musi sprowadzać się do palca. Wskazującego „Idziemy tam. Ty zrobisz to, ty to, a ty to.”. Buntu było co nie miara. Negowanie siebie, to następny przejaw ego. Koniec końców, wiele lat pchałam i ciągnęłam bez skutku, by być przeciwieństwem moich rodziców. Kiedy puściłam kierownicę i pozwoliłam rzeczom się dziać, okazało się, że i ja jestem hybrydą. Robię trochę to, co tata, a trochę co mama, a sądząc po owocach, ku mojemu zaskoczeniu, jest to dobre.

Egocentryzm w biznesie nie jest niczym dobrym, bo prowadzi do postrzegania swoich ambicji jako potrzeb rynku. W twórczości też nie, bo prowadzi do egzaltacji, czyli brania świata emocji za rzeczywistość. Jung powiedział, że „przeciwieństwa się przyciągają, bo człowiek dąży do pełni”. Stąd życie zaroiło się od moich przeciwieństw, w postaci wspólników biznesowych. „Wybór partnera biznesowego jest trudniejszy niż wybór małżonka” mówi tata.

O szczegółach napisać nie mogę, bo wszystko co robię jest top secret. Różne rynki, a dla nich różne rzeczy. Różne dziedziny twórcze i różne projekty artystyczne. Wszystko robię z kimś. Każda z tych osób jest moim przeciwieństwem i posiada cechy, właściwości i umiejętności, których ja nie posiadam. Widzą rzeczy, których ja nie widzę. Z ciekawości, w wyobraźni, postawiłam tych ludzi obok siebie.  Opatrzyłam ich parametrami temperamentalnymi, płci psychologicznej, i innymi takimi schemacikami. Oni nie są do siebie w niczym podobni. Powinni jako moje przeciwieństwa, ale tak nie jest.

Konkluzja jest taka, że nie ma czegoś takiego, jak przeciwieństwa.  Człowiek jest tak bardzo złożoną jednostką, że nie da się go postawić na którymś z biegunów. Obserwuję, że pozornie wykluczające się cechy, są swoją konsekwencją, a jeśli są akceptowane i się wyrażają, dają przestrzeń potencjalności. Ludzie różni, jeśli się akceptują nawzajem, jeśli wyrażają siebie nie kłamiąc, nie dopasowując się, akceptując siebie i innych, dają przestrzeń potencjalności. Nie wiem jak to działa, co z tego wynika, gdybym wiedziała, byłabym seksuologiem. O uwodzeniu będzie następnym razem.

Podróże kształcą wykształconych

To miał być blog z tezą. Oświecenie i kartezjańskie przekonania są autorem nerwic, z płciowymi na czele. Niby oświecenie miało odbić się od średniowiecza, a jedynie wymieniło pionki w dualiźmie dobra i zła, na dualizm ciała i umysłu. Wtedy arbitralnie postanowiono, że materialne i widzialne stoi w opozycji tego, co niematerialne, niewidzialne, duchowe, mentalne. Oświeceniowe przekonanie ustanowiło trend, że nasze ciała są maszynami do przenoszenia po świecie materialnym duchowych i intelektualnych treści. Zamienił stryjek siekierkę na zaburzenia osobowości i samouprzedmiotowienie.

Jestem fanką poppsychologii. Zwłaszcza postrzegania podświadomości. To taki worek z tyłu głowy, do którego wpadają wszystkie traumy, zwłaszcza autorstwa naszych rodziców, a wyjąć z niego można ponadnaturalne zdolności i kosmiczną mądrość. Podświadomość do tego lubi narkotyki, bo ją wyzwalają z okowów konwenansów, ale to ona powoduje alkoholizm. Panuje kult traumy. Nowe wynalazki jak lęk przed oceną, odrzuceniem, sukcesem, porażką, pomagają czuć się dobrze z inercją i biernością. Wszystko można zrzucić na rodziców, dobrać sobie kompatybilną z potrzebą sytuacji traumę i jest git, gra gitara. Zinternalizować zaburzenie, nie brać za nie odpowiedzialności i powiedzieć, jestem jaki jestem.  Będe Cię gryzł i kopał, a Ty masz mnie kochać, bo moja mama mnie nie przytulała w dzieciństwie. Wchodzę w toksyczne związki, bo tata był emocjonalnie nieobecny. Później, nie ufam mężczyznom, bo mam traumę z poprzedniego związku. Hitem jest trauma braku traumy. Może gdyby moi rodzice pili, bili, to bym miał ambicje, a tak, to po co? Wytrawni koneserzy traumy idą o krok dalej. Mało im traum z tego wcielenia, więc sięgają po traumy z poprzednich. Jedna Pani jest otyła, bo „w poprzednim wcieleniu umarłam na śmierć głodową”.

Sama dałam się nabrać. 3 lata temu potrącił mnie samochód i pękła mi czaszka. Od tamtego czasu, gdy jazdziłam samochodem, miałam wizje, że każdy samochód z naprzeciwka zjedzie na nas na czołówkę. Czułam to cieleśnie. Oczywiście robiłam wokół siebie szum z tym związany, nawołujący do opieki i delikatności, wożących straumatyzowaną pasażerkę. Dlatego odkładałam wizytę u psychola, by to ustawić. Krzyś, mąż Kasi, jest kierowcą rajdowym. Oboje mają ciężkie stopy i parkinsona kierownicy. „Krzysiu, jedź wolniej, bo Adzia ma traumę powypadkową.” mówila Kasia. Krzyś jest zabawnym człowiekiem, facetem, co się w życiu nie cacka. Pokazał mi nagranie z kamery w rajdówce, która po spotkaniu z drzewem wyglądała jak kostka rubika. Po traumie ani śladu.

 

Pieniądze, wskażcie mi drogę bo błądzę 2

 

Notka, napisana na zamówienie ziomów, co toną w długach, nie idzie im finansowo i mają nóż na gardle. Oto autorski system naprawczy.

  1. Weź odpowiedzialność. Napisz 2 liczby. 1 to suma, Ile miesięcznie kosztuje przetrwanie, ile kosztuje komfort, ile kosztują  podróże, oszczędności, przyjemności, ekstrawagancje. Dodaj liczby do siebie. Pomnóż razy 12. Liczba 2 – policz ile zarabiasz rocznie, odejmij od sumy długi, kredyty, odroczone zobowiązania, te u rodziny, przyjaciół też. Masz dwie liczby. Docelową i obecną. Jeśli miedzy liczbami jest przepaść, weź za tą przepaść odpowiedzialność, bo jej autorem jesteś Ty, Twoje działania, Twoja użyteczność, Twoje decyzje, Twoje umiejętności. Liczba 2 to bezlitosna recenzja, ile to co robisz jest warte teraz.
  2.  Wykreśl ze strumienia świadomości słowo kryzys i spowolnienie gospodarcze. Weź odpowiedzialność za swoją przepaść i nie zwalaj winy na koniunkturę, gospodarkę, korporatyzację, rząd, pogodę, wrednego szefa, globalizację, fatum, klątwę itp. Winę zwalają dzieci, odpowiedzialności się trzeba nauczyć. Jeśli nie potrafisz odciąć się od zbiorowego jojczenia, przestań oglądać, czytać, słuchać wiadomości. To konkursy, kto dziś jest w czarniejszej dupie. Przestań gadać z ludźmi, którzy mają teorie spiskowe i są ofiarami świata. One Ciebie nie dotyczą, jeśli tego nie chcesz. Nie bądź jedną z tych osób, która się cała rozpala, gdy opowiada, jak wiatr wieje w oczy. Jesteś tam, gdzie jesteś, bo chciałeś tam się znaleźć i zrobiłeś wszystko co możliwe, by tam być. (poza kilkoma przypadkami). Nie oglądaj programów makeoverowych i wszystkich od zera do bohatera, takich jak kuchenne rewolucje, jak dobrze wyglądac nago, bitwa o dom i inne bzdury. Przyjemność z oglądania tych formatów projektuje się tak, by widz miał zastrzyk endorfin z oglądania tego, jak ktoś inny naprawia komuś życie w 3 dni. Nie pokazuje się ile zmiana kosztuje. To jest kłamstwo z bajki o kopciuszku z Gesslerową na białym koniu albo o tym, że chudszy, lepiej ubrany tyłek naprawia całe życie.
  3.  Zweryfikuj swoje przekonania na temat pieniędzy. Prawdopodobnie ich nie chcesz, skoro ich nie masz. Prawdopodobnie te przekonania pochodzą z domu rodzinnego. W bajkach ludzie bogaci są źli i głupi. Wywal z głowy wszystkie rojenia pocieszycielskie ludzi mentalnie biednych. Że pieniądze psują, że są źródłem cierpień, że powodują problemy, że szlachetniej jest być biednym. Zwłaszcza te z kościoła o jedni ubóstwa i duchowości. Oryginalnie tam o co innego chodziło, ale zagubiło się w przekładzie. Biblia Pauperum nie była komiksem dla biednych niepiśmiennych, ale podręcznikiem z inspiracjami dla księży, ubogich w inspiracje na kazania. Oświeceni, których znam, nie cierpią na braki materialne. Wręcz przeciwnie.
  4. Zweryfikuj swoje uczucia wobec pieniędzy. Prawdopodobnie się ich boisz, bo Cię tak nauczono w domu rodzinnym. Może Ci wyliczano, może Ci żałowano. Wybacz starym, jeśli Ci żałowali, wpoili Ci do serca mentalną nędzę. Robili tak, bo socjalizm wyprał im mózg. Wybacz socjalizmowi, bo nasza część europy dostała sraczki po przyspieszeniu gospodarki i Lenin starał się zadziałać jak stoperan, ale za bardzo kochał ludzi. Kapitalizmowi też wybacz za to, że jest bezwzględny. Naucz się z nim żyć, bo alternatywy nie ma jak na razie. Wyeliminuj wszystkie negatywne emocje wokół pieniędzy. Polub pieniądze i bądź zdania, że na nie zasługujesz. Jeśli praca z przekonaniami nie pomoże, zacznij robić coś, za co ludzie płacą w gotówce, najlepiej w usługach, ale możesz też sprzedawać coś, co sam zrobisz. Patrz na swoje reakcje, gdy Ci ktoś wręcza pieniądze. Naucz się przyjmować kasę z radością. Nie uciekaj do sprzedaży w necie, aż się tego nie nauczysz.
  5. Wymyśl siebie na nowo. Pomyśl, jak chcesz żyć. Nie myśl, skąd wziąć pieniądze, gdzie są pieniądze, myśl jak chcesz żyć, co robić, jak i z kim. Pieniądze to skutek uboczny, nie cel. Zacznij żyć tak, jak chcesz. Pomysły na biznes, nawet najlepsze, mogą nie wyjść, bo biznes to osoba, a nie pomysł.  Skoro to, co robiłeś, zaprowadziło Cię tam, gdzie jesteś, znaczy, że robisz coś nie tak albo masz konflikt w sobie. Rób coś innego.  Naucz się czegoś. Spróbuj czegoś nowego. Nie wysyłaj następnych 842259098 cv, skoro nikt nie otwiera Twoich maili. Jest mnóstwo programów szkoleniowych z myślą, o ludziach na zakręcie.
  6. Nawet jak żyjesz za 1zł miesięcznie, nie odcinaj się od ludzi, nie wykręcaj się ze spotkań towarzyskich. Nie zamykaj się w domu oglądając seriale. Odbieraj telefony. Spotykaj się z ludźmi, którym się układa. Niezależnie, jak bardzo czujesz się upokorzony Twoją sytuacją. Dobry networking jest krytycznie ważny, jeśli nie najważniejszy.
  7. Pilnuj długów. Otwieraj skrzynkę, rachunki, sprawdzaj stan na koncie, informuj gazownię, że się spóźnisz, pisz podania, wnioski, konsoliduj kredyty. Dzwoń do ludzi, którym wisisz pieniądze, powiedz, że jeszcze nie masz. Nigdy, przenigdy, nie pożyczaj pieniędzy, by spłacić długi. Odraczając płatności polubownie uchronisz się przed syfem,  a przed komornikiem nawet i przez rok. Miej wszystko zapisane.
  8. Nie kradnij. Niczego. Nie podbieraj spinaczy, nie drukuj w pracy książek z chomika, nie zabieraj pałeczek od chińczyka. Nie rób skoków na unijne miliony dla palantów. Nie chodź na bankiety, by się nażreć na tydzień. Nie opalaj z pół paczki kumpla. Nie chodź w gości z pustymi rękami, a jeśli idziesz, to przeproś, że nic nie masz. Przestań kraść, a potem wbij sobie do głowy żeliwną patelnią, że ludzie nie kradną. Jeśli myślisz, że ludzie kradną, to tak naprawdę myślisz o sobie.
  9. Proś o pomoc. Twoim moralnym obowiązkiem jest nie cierpieć. Twoim moralnym obowiązkiem jest prosić o pomoc. Nie graj w totolotka, zdrapki, w automaty, nie daj się nabrać, na łatwe programy gry na giełdzie, to mentalna bieda i krzyk rozpaczy. Jeśli toniesz w długach i nie masz co jeść, nie proś o to, by Ci pożyczono pieniądze. Poproś, by Ci je dano. Jeśli chcesz się czegoś nauczyć, a to kosztuje, powiedz w jakiej jesteś sytuacji i poproś o to, by Cię tego nauczono za darmo albo, że zapłacisz, za rok albo, że zapłacisz w barterze. Zdziwisz się, ale nie ma lepszego komplementu dla nauczyciela, jak taka prośba o pomoc. Jeśli sie nie zgodzi, to znaczy, że nie wierzy w skuteczność tego, czego naucza. Jeśli masz przekonanie, że musisz najpierw mieć kasę, by zrobić biznes, to jesteś w błędzie. Jeśli masz dobry networking, to wszystko można zrobić bez gotówki na start. Taki start też weryfikuje, czy jesteś gotowy na zarabiane, czy ludzie Cię kupują, czy to, co chcesz robić widzą jako potrzebne, czy potencjalni dostawcy, wykonawcy, zaryzykują razem z Tobą. To działa o wiele lepiej niż dotacja z Unii, która w sumie jest bajką o kopciuszku, bo żaden książę nie zrobi królewny i żadne pieniądze nie zrobią przedsiębiorcy.
  10. Ruszaj się. Uprawiaj sport, taniec, yogę…Codziennie. Nie po coś. Po nic. Jako cel sam w sobie. W czarnej dupie jest dużo czasu i to nie kosztuje. Wystarczy ciało i grawitacja. Jak masz z kim to dużo seksu. Jak nie masz, to sam ze sobą. Jak siada Ci libido, reaguj natychmiast. Zanik potrzeb seksualnych to pierwszy symptom depresji. Sport, taniec i seks, to bardzo skuteczne dzwignie z czarnej dupy.
  11. Posprzątaj. Wyrzuć rzeczy, które ukradłeś i okruchy, które dostałeś z hasłem „bo mi wadzi, nie widzi mi się, bo mam lepsze, bo nadpsute”. Nie popadaj w zbieractwo „bo się przyda”. Różne rzeczy możesz komuś oddać, jeśli są im potrzebne, a Tobie nie. Wyrzuć znajomości, w których dajesz, lub dostajesz okruchy, śmieci, nieużytki, niewypały, materialne i niematerialne. Są znajomości tylko na good times, tylko na bad times i przyjaźnie, relacje prawdziwe. Nie pozwól sobie i innym traktować siebie i innych jak dziada, co dopala pety z piaskownicy. Wywal znajomości z ludźmi, którzy narzekają i siedzą z założonymi rękami i ludzi, którzy mówią o innych tylko źle, są zdania, że wszyscy są głupi i wszystko jest bez sensu. To śmieci, z którymi osoba na zakręcie nie powinna obcować. Nie bierz śmieci, nie dawaj śmieci. Śmieci się wyrzuca.
  12. Nie bądź dziadem. Nie narzekaj, że jest drogo. Nie patrz z góry na ludzi, którzy wydają dużo pieniędzy, na rzeczy, na które Ciebie nie stać. Na to, ile co kosztuje nie masz wpływu, masz wpływ na to, ile zarabiasz. Nie kupuj jedzenia i kosmetyków na przecenie, ze względu na bliski termin przydatności do spożycia/użycia.
  13. Wydawaj. Nie bój się wydawać, bo zabraknie. Nie licz każdego grosza, niezależnie, w jak czarnej dupie jesteś.  Jeśli wpadnie Ci jakiś grosz, kup sobie czasem coś, na co Cię nie stać. Nigdy nie wydawaj pieniędzy z poczuciem winy. Nie żałuj, że za coś przepłaciłeś, bo gdzie indziej jest taniej. Nie zwracaj długów z żalem. Nie płać podatków z żalem.
  14. Dawaj. Dawaj 10% napiwku, jeśli flirtujesz z kelnerką/kelnerem to 20%(!!!!).  Mów, że ten ostatni grosz, to Ci kasjerka zwróci przy okazji, nie podnoś drobnych monet, które wypadną Ci z kieszeni. Mów, „na szczęście” i idź dalej. Jak wyjdziesz z dupy, pomagaj innym. Jak będzie dobrze, zasponsoruj coś komuś. Zapłać dalekiemu kuzynowi za lekcje fortepianu. Weź pod skrzydła przymierającego głodem artystę. Choćby paczkę makaronu mu kup i fajki. Robiąc prezenty nie zrywaj ceny. Na wszelki wypadek daj paragon, by osoba mogła zwrócić albo wymienić model. Jak nie masz pomysłu, daj pieniądze. Dawaj bezinteresownie. Jeśli Twój biznes się rozkręci, część zysku odprowadź na cele dobroczynne. Jeśli robisz coś wartościowego, działaj pro bono. Z radością.
  15. Pomagaj. Jeśli osiągniesz już swój punkt docelowy, nie patrz z góry na ludzi, którzy mają kłopoty finansowe. One zawsze są przejściowe, a stoły odwracają się nie wiadomo kiedy. Jeśli chcesz coś od osoby, która ma problemy finansowe, nie bądź chłamem i nie pozwól jej zrobić tego po znajomości, czy sprzedać po kosztach. Zapłać cenę rynkową. Jeśli osoba wije się jak piskosz przed gotówką, to uprzytomnij jej, że ten nawyk doprowadził ją tam, gdzie jest. Przysługi to sobie mogą robić ludzie, którzy sobie dobrze radzą.  Pomagaj ludziom ze świadomością, że Ty nie wyciągniesz nikogo z dupy, bo ona jest tak skonstruowana, że można z niej wyjść tylko samemu. Możesz dać wędkę. Nie złość się, jeśli obdarowany wędką nie jest na to gotowy i daje ciała. Tak się dzieje, bo jeszcze chce być w dupie, w końcu dupa jest wygodna, na coś mu potrzebna i to jest ok. Najlepiej daj czas i wsparcie. Najlepsze wsparcie to: wiara w człowieka, czuły kopniak w tyłek, bezlitosne lusterko przed nos, krzyż na drogę i jedzenie.
  16. Najważniejsze. Bądź wdzięczny za czas, gdy byłeś/jesteś w czarnej dupie, bo po jakimś czasie zrozumiesz, że to najlepsze co Cię mogło spotkać. Bądź wdzięczny tym wszystkim ludziom, którzy Ci pomagają, ale jeszcze bardziej, bądź wdzięczny tym, którzy zostawią Cię w potrzebie. Wdzięczność to nawyk, jeden z bardziej wartościowych, z którym, jak z samodyscypliną i umiejętnością kochania, nikt się nie rodzi. Nie uczymy się ich, gdy jest łatwo. Uczy nas tego błogosławiony stan czarnej dupy.

Życie snem o walce

 

Zajarałam się sztukami walki. Tydzień później poznałam Artura, sąsiada, obok którego mieszkam 2 lata, a nigdy go nie spotkałam. Artur 3 lata jeździ na zajęcia Krav Magi do Marcina, długo o nim opowiadał. „Co zrobisz, jak Cię ktoś będzie dusił?”, „Uśmiechnę się, wyjmę spinkę z włosów i wsadzę mu w oko”, „Dobrze, to po śmierci, a za życia?” Pokazał mi kilka chwytów. Poznaję Niezniszczalnego. 5 lat Tai chi i inne. Pod nocnym, wpadam co noc na Szymona Maga, co robi trumny. Od kilku lat na zajęcia MMA w Sochaczewie. Chciał być zawodowcem, ale dostał bęcki od Irlandczyka na zawodach i jego ego tego nie zniosło. Ma w domu wór treningowy, idę go odwiedzić, by mi pokazał roundhouse z wyskoku. Po drodze zaczepia mnie starszy Pan, Ziętkiewicz, były mistrz Polski w boksie. Niestety zbyt pije, by mnie czegoś nauczyć, ale jeśli spotkam go w sklepie przed 10 to ma jakąś historię z mistrzostw, wszystko mity. Zaczepiam w Decathlonie faceta, by mi doradził w wyborze dla Niezniszczalnego. Facet okazuje się Marcinem, który ma czarny pas w Krav Madze właśnie on uczy Artura, mojego sąsiada. Odwiedzam jego studio, by się zapisać na przyszły sezon. Spotykam Puśka. Znamy się z podstawówki. To było 15 lat temu, mnie było 50 kg więcej, jego 50 mniej, ale pamiętamy się. Pusiek rzuca, byśmy ukręcili jakiś fight jamsession w radiu. Gówno wiem, ale ładnie tańczę. Szczypię się, kleję rzeczywistość. Proponuję Szymonowi, Niezniszczalnemu, Marcinowi, Arturowi i Ziętkiewiczowi, by wzięli udział w nagraniu. Piszę natchnione shizy dziewięciozgłoskowcem stylizowanym na sumeryjski epos babiloński, kilka wersów podpieprzam Pasoliniemu z „Piladesa”. Proszę znajomego Krystka, by mi zmiksował sapanie Sainkho, buczenie Huun Huur Tu i bębny kodo, bym na tym nagrała melodeklamę w pięciogłosie i miała debiut jako muzyk bez talentu. Myślimy, by nagrać płytę. Coś między teatrem radia, agitacją i sex telefonem. Krystek trenuje karate od dziecka. Życie jest snem.

 

Z północ nego milczenia zrodzon

Ze czci boga wojny poczęty

Sierścią na swym ciele porosły

Wstepie urodzony we wzgórzach

Pół bogiem, a pół też człowiekiem

Głowę nosi wysoko jak byk

Z niczym jego ciosu nie zrównasz

Siła jego na kraj ogromna

Mężowie go będą całować

Pozna morza, góry przemierzy

Znajdzie zakryte i tajemne

Rzeczy sprzed wielkiego potopu.

O schematach, tajemnicy i autopilocie

„Gdybyśmy nie mówili schemat tylko szemat, mówilibyśmy schuja zamiast szuja.”

Tak mi powiedział pewien stary Żyd, aktor i pianista Mikołaj, z którym przegadałam 4 lata, a że ja miałam wtedy lat 15, a on 70, nikt naszej przyjaźni nie rozumiał, z nami włącznie. Nam zrozumienie nie było na nic potrzebne, bo mieliśmy teatr naszej relacji, całe spektrum jego przeszłości i mojej przyszłości, literaturę, jedzenie, papierosy i kawę, a każde z osobna wystarczałoby w zupełności, by usprawiedliwić to zjawisko, jednak otoczenie przylepiało nam schematy. Ona dziecko, on pedofil. Ona uczennica, on mistrz. On były, ona przyszła. Ona Strzelec, on Lew. Wszystko to była nieprawda, która budziła w otoczeniu dużo agresji.

Są na świecie dwie tajemnice, które paraliżują albo mobilizują ludzkość. Tajemnica co będzie i tajemnica drugi człowiek. Tajemnica budzi zarówno strach i lęk, bo nie można przewidzieć potencjalnego cierpienia, jakie przyniosą i jedno, i drugie. Stąd się wzięło wiele gałęzi nauki i nie nauki, psychologia i jej prababcia, astrologia, która obskakuje dwie tajemnice na raz. To fantastyczne, że ten drugi człowiek jest na wyciągnięcie ręki, ale prawdę o nim ludzie upatrują kilka tysięcy kilometrów stąd w układzie i ruchu wielkich kul gazu. Niesamowite, że każdy wie, że kiedyś umrze, ale chce wiedzieć kiedy, jakby to miało jakieś znaczenie.

Nauka wszelka składa się z części opisowej, a pointę i zwieńczenie uzyskuje w schemacie. Schemat to ta część, która zakłada, że przyczyna powoduje skutek, co jest na moje oko bzdurą. Przykład śpi właśnie za moimi plecami – mój siostrzeniec, Kamil. Fakt, że pojawił się na tym świecie przeczy prawdopodobieństwu. Fakt, że jest zdrowym, wypasionym czternastolatkiem też. Fakt, że obijamy się po Żyrardowie i gadamy o kobietach, tym bardziej. Fakt, że Kamil jest utalentowanym, poczatkującym Beatboxerem, a geniusz i prekursor w tej dziedzinie, Filip, mieszka tutaj i poszukuje kogoś, kto nauczy go podstaw reżyserii i dramaturgii i ukręcimy z tego jakiś barter… Schemat nie jest i nie może być prawdziwy, bo jest uproszczeniem, które ma za zadanie obronić człowieka przed dwiema tajemnicami. Jeśli bronią przed tajemnicą, znaczy, że tajemnice są zagrożeniem. Problem w tym, że człowiek chce czuć się zagrożonym. Obiektywnie zagrożenie nie istnieje.

Mam wielkie pudło w domu. W nim trzymam tysiące schematów, które kiedyś miały mnie obronić przed tajemnicami. Jednak teraz jadę na autopilocie i bawię się wyśmienicie. Czasem zdarza mi się złapać za ster, schemat, wycenić tajemnicę drugiego człowieka na walutę tajemnicy przyszłych, prawdopodobnych cierpień.  Szybko się kontroluję i puszczam kontrolę. Oddycham głęboko i się cieszę.

Pieniądze, wskażcie mi drogę bo błądzę.

Przycupnęłam w pociągu cichutko jak czarnoksiężniczka i nasłuchuję, co tam gra  w podświadomkach. Taki mniej więcej monolog usłyszałam.

„Potrzebuję Cię, uwielbiam kiedy jesteś, wtedy jest szczęście i wszystko jest możliwe. Dajesz mi wolność, dajesz mi radość, dajesz mi spełnienie.  Nie mogę się Tobą nacieszyć, bo jak tylko się pojawisz, zaraz są jakieś komplikacje. Zazdroszczą mi Ciebie, dlatego nie mogę o Tobie mówić otwarcie. Nie mogę nikomu powiedzieć, że Cię nie ma, bo to upokorzenie. Trzeba się za Tobą strasznie długo uganiać.  Nigdy Cię nie ma, gdy naprawdę Cię potrzebuję. Zawsze jest Ciebie za mało. Nigdy dość. Jakie piękne były czasy, gdy Cię nie było na świecie… Wiesz co, właściwie to wolę by Ciebie nigdy nie było, byś nie istniał. NIENAWIDZĘ CIĘ. Zabijają się o Ciebie, mordują, jesteś złem. Dajesz tylko Żydom i mafii. Wypad z mojego życia. Czekaj, co robisz, gdzie idziesz, wróć! Wracaj, zostań, już będę dobra. Potrzebuję Cię, zostań. ZOSTAŃ, WRACAJ!!! NATYCHMIAST. BŁAGAM. Pieniądze, kocham Cię. ”

Taka relacja przeciętnego zjadacza chleba z pieniędzmi. Do złudzenia przypomina schizo-love nastolatki, której hormony walą w dekiel. Seks, nagość, intymność, wiara, trans, wyższe stany świadomości i wtajemniczenia nie są tabu, wszystko jest odarte z tajemnicy, poza ostatnim tabu- pieniędzmi. Nie umiemy o nich rozmawiać, myśleć, są obleczone poczuciem winy, krzywdy, wstydu, żalu, strachu, pożądania, złości, pychy… Emocjami, które drenują do cna. Wcale się nie dziwię, bo chcemy tego czy nie, to właśnie pieniądze są bezlitosnym recenzentem tego, czy to, co mamy do zaoferowania światu, jest komuś potrzebne. Co ważniejsze, to barometr tego, jak sami siebie wyceniamy. Boimy się pieniędzy, bo one dają możliwość, robienia tego, co się chce, bycia sobą. Ludzie bronią się przed pieniędzmi, bo lękają się, że im się nic nie chce, lękają się, kim by byli, gdyby mogli być wszystkim, kim by byli, gdyby nie byliby ofiarami.

To tarcie powoduje serię paradoksów. Moje ulubione: Prezenty, których wartość rynkowa jest oczywista, które mają zdartą albo zamazaną cenę. Pozycjonowanie marek, których wizerunek jest o klasę wyższy, niż wyporność finansowa grupy docelowej, co sprawia, że wszystkie klasy są aspirujące. Przekonanie, że rozwój duchowy jest nierozłączny z ubóstwem, jednocześnie instytucja kościoła powstała dzięki dziesięcinie, która była podatkiem, opływa złotem i łańcuszki z Matką Boską są zawsze ze złota. Ludzie, którzy chodzą po domach zbierając jedzenie, którzy mówią najpierw, że nie chcą pieniędzy. Zachowanie ludzi, gdy im mówisz, że Ci się wiedzie. Zachowanie ludzi, gdy im mówisz, że Ci się nie wiedzie. Ludzie, którzy grają w totolotka, bo uważają, że nie zasługują na inne pieniądze, jak przypadkowe. Firmy, które opiekują się tymi, którzy nagle wygrali kilka milionów, bo co oczywiste, doprowadzają się do bankructwa w kilka lat i zostają z większymi długami, niż wynosiła wygrana. Ludzie, którzy kradną np. drobne rzeczy w pracy, bo uważają, że nie zasługują na inne pieniądze, jak kradzione, a potem, Ci ludzie, zazwyczaj są okradani. Usługodawca, który nie potrafi przyjąć zapłaty w gotówce i daje numer konta albo bierze pieniądze do ręki nie patrząc w oczy i mówi cicho „Dzięki”. Wielomilionowe dotacje unijne dla firm o stażu krótszym, niż 2lata, które nie zaznały jeszcze innego Zusu niż preferencyjny, dla ludzi, którzy biorą dotację, bo nie mogą znaleźć pracy, mają mniej niż 27 lat, nie znają rynku, co sprawia, że gówniarze dumpingują ceny i psują rynek. Opór, w wyrażaniu uczuć w postaci dawania pieniędzy, jakby rzeczy były czystsze, lepsze, bardziej szczere. Ludzie, którzy wierzą, że pieniądze przychodzą, gdy się ciężko pracuje i dopada ich wypalenie zawodowe, depresja, potem traca pracę. Ludzie, którzy wierzą, że pieniądze przychodzą im bez większego wysiłku i one kleją im się do rąk, dzielą się nimi i nie doświadczają ich braku.

Dziwię się, że dramatopisarze tak rzadko nawiązują konflikty wokół pieniędzy, jakby świat teatru był ponad to… Dużo miejsca dawał na pieniądze Szekspir, Czechow, Molier, tam status i finanse należą do ważniejszych spraw w rozegraniu konfliktu. „Kupiec wenecki” jest o tym, że każdy przelewa uczucia nie na to konto, na które powinien. Antonio kocha Bassania i go utrzymuje. Bassanio nie kocha Antonia, bliski jego sercu jest jego kolega, ale sam uderza do Porcji, bo ta jest bogata. Kolega bierze sobie za żonę Jessicę, licząc, że ta, zawinie po ojcu, Żydzie fortunę, ta oczywiście nic nie zawinęła. Porcja została z fortuną po ojcu, co sprowadza do niej tłumek interesownych typów, ale zakochała się w najbardziej interesownym i najbiedniejszym z nich i to ona wykupuje za fortunę Antonia, kochanka swojego narzeczonego. Szajlok kocha swoją córkę, która go okradła, więc pokochał zemstę, która go doprowadziła na wygnanie. Finał jest miażdżący, bo wszyscy zostają z niczym.

Pieniądze są krwią świata, manifestacją energii życiowej w  świecie materialnym. Prądu morskiego nie można wartościować, nadać mu znaczenia, po prostu jest, bo jest potrzebny. Cały sekret w tym, by mieć do niego zdrowy stosunek.

Pochodzę z zamożnej rodziny. Dzieciństwo spędziłam w dobrobycie. Niezależność to najsilniejsza wada mojego charakteru, więc zaznałam też skrajnej nędzy. Wiem, co to znaczy kilka miesięcy jeść ziemniaki, dodawać śmietanę, by nie dostać anemii. Wiem co to znaczy spać przez tydzień, by nie odczuwać tak bardzo głodu. Znam długi, odcinane media, spanie na dworcu. Dobrze się stało, bo wiem, że nie ma się czego bać. Dzisiaj, mam na sobie różową suknię, jak ją założyłam, padłam na kolana z wrażenia. Sukienka kosztowała pieniądze. Piszę na komputerze, który kosztował pieniądze. Dom, za pieniądze, ocieka książkami, za pieniądze. Jem krewetki, które kosztowały pieniądze. Za pieniądze kupię łuk i strzały i nauczę się strzelać. Za pieniądze polecę na Bali i kiedyś kupię tam może dom nad morzem. Piszę literki, za które dostaję pieniądze. Robię meble ze stali, za pieniądze. Prowadzę zajęcia tańca brzucha i wystawiam łapkę, po dwie dychy. Lubię pieniądze. Dają mi szczęście. Oczywiście go nie gwarantują, bo najpierw trzeba chcieć być szczęśliwym, żeby ono mogło się wydarzyć. Podobnie jest z pieniędzmi. One się nie przydarzają ludziom, którzy żywią do nich szczerą schizo-love.

 

Seduction is a lie

Półtorej godziny, tętno na poziomie 85-90%, mdleją pięści, mdleją ręce, miękną nogi, ktoś krzyczy, do końca, na oślep, na maksa. Ding! Ding! Koniec! Widzę gwiazdy, latam w światłach! Ale to tylko deficyt tlenowy. Bum.

Sport jest najszybszą drogą do kalectwa, ale brak sportu to wrodzone upośledzenie. W sumie każdy sport to dokładnie to samo co taniec, czy sztuka walki, tylko bez intencji. Zboczyłam z ulicy tańca i jogi, w przecznicę mixed martial arts, wszystkiego trzeba się uczyć na nowo.

Taniec, to estetyzm i iluzja. Zaprowadzi Cię tylko tam, gdzie jest urokliwie, a rzucanie uroków oddziałuje głównie na rzucającego. Walka to no bullshit zone.

Choćby w postawie. W tańcu najważniejszy jest glamour, to jak o wygląda, niezależnie, co działa. W kickboxingu istotne jest to, co działa, niezależnie, jak wygląda. W tańcu: stoisz, prosto jak struna, cycki wysoko, wysokie biodra, z tendencją do wypinania tyłka, ramiona jak skrzydła, daleko od ciała, palce jak pióra, stopy jak po płatkach róż, palce pięta. Pozycja wyjściowa do walki: klatka piersiowa opuszczona, brzuch twardy, podkurczone ramiona przyklejone do ciała, jedna pięść chroni twarz, druga serce, przez co się garbisz, tyłek  pod tobą, nogi ugięte, pięta palce. Mocne, akcentowane kroki. Taniec zakłada wykorzystanie całego zakresu ruchu jaki masz, a jak wypuszczasz kopniaka albo cios, to musisz zatrzymać ruch przed przeprostem, bo przy odrobinie dynamiki, wywali Ci staw.

Cała ta zamiana ma jeden skutek uboczny… Ciało domaga się kaszanki, wieprzowiny i innych świństw.

Szymon Mag

Taka scenka. Poznałam Szymona pod nocnym o 2. Znałam go z widzenia. Intensywny zestaw tego, co ładne i nieładne w jednej osobie jest trudny do przeoczenia w mieście, które ma 2x2m. Powiedział, że po Żyrku, gdzie rozwody zawiera się siekierą, lepiej nie chodzić samej kobiecie w czarnej, wieczorowej sukni. Pozwoliłam się odprowadzić, ale tylko dlatego, że żarliwie chciał mnie poczęstować czymś do jedzenia. Jestem bezbronna wobec takich gestów. Szymon jest stolarzem. Robi trumny.

Sceny nie ma, jeśli postać nie ma czegoś do załatwienia. Jeśli nie ma celu, stawki i przeszkód. Może chcieć zrobić coś fizycznie. Może chcieć się czegoś dowiedzieć. Może chcieć drugą postać do czegoś przekonać. Może chcieć zrobić drugiej postaci dobrze. Może chcieć zrobić drugiej postaci źle. Im bardziej sprzeczne cele postaci, im wyższa stawka, im więcej przeszkód, tym ciekawsza scena.

Życie jednak nie jest tak proste, jak scenariusze, bo konflikty kryją się w najmniej oczekiwanych miejscach. Czasem jedna postać chce poderwać drugą, ale przegania chmurę znad głowy, niechcący, będąc sobą w kontekście, nie robiąc nic więcej. Relatywizm zakłada, że nie ma żadnego absolutu. Że wszystko jest takim, jakim się jednostce wydaje, że jest. Relatywizm stara się zamienić prawdę w jeden z wariantów po drugiej stronie lustra. Nic nie znaczy tego, co znaczy, jeśli tak powiem, jeśli tak myślę, jeśli tak zechcę, bo mi tak wygodnie. To infantylne i aroganckie. Relatywizm to intelektualny narcyzm, drewniane pudło, wystarczająco  puste, by pomieścić dużo pustych myśli. Szymon robi trumny od 16 roku życia. Mówi, że jest w tym dobry.

O kocie, zezie i komunikacji

Specjalistą od bycia kotem w naszym domu jest kot. Dlatego nie zadaję jej za dużo pytań. Ona też nie wysila się za bardzo, bym jej naturę pojęła. Żyjemy w zgodzie, co generuje dużo sierści. Szczęśliwa miłość to ta, która nie pyta co, po co, dlaczego, na jak długo i co z tego będę miał. Miłość po prostu jest i chuj. A jak pada pytanie, rozpoczynają się negocjacje i robi się biznes. Kotka sprawiedliwie przydziela wyrazy uczuć. Jeden mówi „Kochaj mnie.”, po ludzku to znaczy, tak.  Drugi „Pierdolisz?!”, to znaczy, w przybliżeniu, nie. Zazwyczaj ogranicza się do tych dwóch, ale jest przekaz świąteczny na żywo. Siada na blacie obok komputera, otwiera szeroko wielkie czarne oczy i mówi „Tak jest, niezależnie, co o tym sądzisz.”.

Mówią, że szczęście, dobro i Bóg nie istnieją. Za górami za lasami jest Toruń, a tam, na ul. Świętego ducha 5 znajduje się klub bez szyldu i klimatyzacji„Zezowate szczęście”. To miejsce jest niezbitym dowodem, że stwórca nie dość, że istnieje, to zadekował się w piwnicy razem z całą śmietanką Torunia, mówią na niego Kapitan Wielkie Be, czasem stawia kolejkę wszystkim i czasem spłaca komuś kreskę. Nie wiem ile kilowatogodzin tam przesiedziałam sącząc podwójną Soplicę wiśniową z lodem, kilka litrów na pewno. Za barem stoją  elokwentni studenci kierunków humanistycznych, a czasem Metatron, czyli Iwonka. Jeden taki, Aj, pojechał kiedyś do Ekwadoru, wlazł na jakąś górę i tam spotkał Mongoła. Mongoł spytał Aj skąd jest, ten odpowiedział, że z Polski. Mongoł dopytał, czy zna Toruń, Aj, że a i owszem. Mongoł, a czy Zeza i Iwonkę znasz? I to definicja, czym jest Zezowate Szczęście.  Iwonka ma Zeza lat kilkanaście. Przez bar przewijają się plastycy, wykładowcy, poeci, aktorzy, filmowcy, geniusze miejscowi, przejezdni i stwórca… Wiele się tam dowiedziałam o ludziach i życiu, o literaturze, o sobie, o facetach. Najwięcej jednak o komunikacji.

„Jak dwie dekady stoję za barem, tak nie zdarzyło się jeszcze, by w trakcie dyskusji, które toczą się tutaj zawsze, ktoś kogoś przekonał do swoich racji.” Powiedziała Iwonka.

Wychodzę ze skóry, by musnąć trójkąt rembrantowski na jego twarzy. To miejsce. Od ucha do krawędzi szczęki. Od szczęki do kości policzkowej. Od kości policzkowej do ucha. Zsunąć dłoń po szyi w dół, po obojczyku. Niestety, między nami jest zbyt wiele słów. Szkoda. W zupełności wystarczyłyby, „Tak”, „Nie” i „Tak jest, niezależnie, co o tym sądzisz.”

Ofiary samoopalacza

Przyjdzie zima, bo inaczej nie potrafi. Młode aktorki od pierwszego roku szkoły uczą się niwelować jej nikczemność. Zimą twarze zapadają się od zagłębiania się w życie wewnętrzne postaci, których dramatopsarz poskąpił. Nurkowanie teatralne najlepiej wychodzi techniką Stanisławskiego, ale przy odrobinie fantazji można się pokusić o skok w koszmar defloracji metodą Grotowskiego. Ważne, by wypalić przy tym dużo życiodajnych papierosów, bo to wspiera organ emisyjny i impostacyjny, wypić dużo wódki z andropauzanalnymi mentorami, bo to dobrze robi na witalność ciała pedagogicznego, czyli oceny. Tak z roku na rok, przepiękne, mądre i wspaniałe młode kobiety są przycinane jak żywopłot, głosy wsadza się im w macice i pozbawia wewnątrzsterowności. Aktorzystka traktorzystka. Zbliża się sesja zimowa. Trzeba będze stanąć w świetle reflektorów, pokazać nabyte umiejętności. Ciała tu zapadają sie od głębin, ówdzie pęcznieją opuchlizną po wódzie, całe poszarzałe od petów, poczerniałe od mentorów.  Wtedy do akcji wkracza samoopalacz. Cud dziewczyny nakładają szybko i namiętnie uzupełniając plamy na honorze (przez vintageowe Hgh) wątrobie, tymi na  skórze.
Ofiary samoopalacza dostają wyższe i niższe stopnie, przeżywając przy tym lepsze i gorsze wódki i pety. Jedne traktują zaniżony stopień jako warsztat budowania hartu ducha, inne jako złośliwość i zazdrość wypalonych nauczycieli, jeszcze inne jeszcze inaczej, ale wszystko to nie ma znaczenia. To przygotowanie do pracy na rynku, na który państwowe i prywatne szkoły teatralne wypuszczają co roku 110 absolwentów zawodu „aktor”, a miejsc pracy jest sztuk 10-12 rocznie i to przy dobrych wiatrach emerytalnych. Samoopalacza jednak schodzi przy tym dużo.
Zastanawiam się, czy nie jest podobnie z pozytywnym myśleniem. Kocham aktorki, współczuję tym, które nie mają pracy, a zwłaszcza tym, które są urodzonymi demonami sceny. Sama często stosuję pozytywną paranoję, zaklinanie rzeczywistości, afirmacje i inne mentalne samoopalacze.
Karolina jest w moim wieku, znamy się kilka lat, nigdy nie widziałam jej smutnej, zamyślonej, żadnej innej, tylko kompletnie przeszczęśliwą. Nie dziwię się jej wcale. Jest bardzo atrakcyjna, wyjątkowo inteligentna, wykłada na uczelni, którą skończyła, rodzice ustawili ją na resztę życia, jej mąż, przenajwspanialszy mężczyzna na świecie, szlachetnie urodzony prawnik, dokłada drugie tyle, na wypadek, gdyby byli zombie. Ich wesele to był wypas, zbunkrowałam się z kimśtam w altanie i nie wyszłam dobrze na zdjęciach. Z Karoliną spotykam się raz na jakiś czas. Nie wiedziałam, dlaczego z nią czuje jakoś tak… oszukana. Myślałam, że to zazdrość, zawiść albo jakaś pochodna ryba, której nazwy jeszcze nie znam. Stawiałam sie do pionu, że może muszę zaaplikować sobie jej samoopalacz dożylnie, by nie przeżywać niektórych spraw, nie czuć żalu, smutku, najlepiej nigdy, tak jak to robi Karolina. Pustkę między nami szczelnie wypełniały różne ‚izmy i ‚acje, literatura i dobre jedzenie. Dla Karoliny jestem nakręcanym ufoludkiem, ona dla mnie króliczkiem na baterie i relacja tak trwała, nie wiedzałam po co, ale wygasnąć nie chciała. Lata płynęły, bo inaczej nie potrafiły.
To jest ten moment w scenariuszu, w którym życe wali kleksa pt: AŻ TU NAGLE.
Aż tu nagle, Karolina dzwoni, ale nie w środku nocy, normalnie, grzecznie w południe. Nie z histerią, ale spokojnie, rzeczowo, jak ktoś, kto wykłada nauki ścisłe. Dziwię się trochę, bo poza zwrotami typu „kochana” relacja jest raczej atrybucyjna, a nie zażyła, w której prawdopodobna jest kwestia „Przyjedź proszę. Najszybciej.”. Jestem w okolicy i jadę. Już na peronie miałam kwasa, że nie jest mi przenajszczęśliwiej dzisiaj, bo stało się cośtam z kimśtam, a Karolina ustanawia wysoki standard ogólnorozwojowego szczęścia, którego dziś nie pocisnę. Poznałam ją po okularach. Bez makijażu, ułożonych włosów i całej koafiury było trudno. Chwyciłam za wino, ona za jakie życie taki rap.

To było długie 12 godzin. Słuchałam, ale starałam się słuchać mądrze i mądrze nie przerywać. Usłyszałam o rodzicach, pionierach postkomunistycznej gospodarki, co wiedli podwójne życia, czyniąc małą dziewczynkę wódzianym spowiednikiem rodzicielskich skurwień. O ustawionym małżeństwie z facetem, który trzymał takiego trupa w szafie, że strach mi nawet dotknąć takie zestawienie liter na klawiaturze – o bagnie wyższych sfer, o którym się nawet brutalistom nie sniło. Jak wyglądało zaplecze wyjazdów do Aspen i weekendów w Dubaiu i o tym, jak ustawiać twarz, gdy leci sierpowy, a jak gdy prosty, a jak, gdy do tego wszystkiego wpadnie na piwko kilku kumpli, wszyscy o wszystkim wiedzą i jest ok. Padały daty, pory roku, masakra w migawkach, przeplatała miarowo swoje życie, wyszczególniajac daty naszych spotkań, co i kiedy mi skłamała. Mówiła z przyklejonym nierówno usmiechem, który czasem drgał w obrzydzenie, a gdy poleciały łzy, połykała je wprost do brzucha, jak delfin rybki i wypluwała kulki sierści w postaci rozwiązań, afirmacji, usprawiedliwień. Moje ciało chciało siedzieć i milczeć, bo głęboko wiedziało, o czym ona mówi, bo czułam, że przepaść między nami się pogłębia, mimo tego, że uczyniła ze mnie katarktycznego świadka. Tama jednak wytrzymała. Jednak coś wyuczonego sprawiło, że powiedziałam coś na pocieszenie, co wypada, co należy. Sprawdziła dla mnie pociąg powrotny. Co się działo z nią dalej, nie wiem. Nie pisze, nie dzwoni. Usunęła mnie ze znajomych. Rozumiem.
Emocje zawsze kojarzyły mi się z wodą. Od dziecka marzyłam, by mi wyrósł piękny złoty ogon welonki, pod żebrami skrzela, bym mogła w wodzie zapomnieć o grawitacji, oddychać wodą, mówić wodą, kochać się z wodą, wodą. Moje ciało głaskały by meduzy łun światła, podglądałabym dresiarzy rekiny, delfiny z zespołem downa, taniec synchroniczny ławic chińczyków, żywiłabym się w nieprzebranym bufecie frutti di mare i ciszy.  Z tych fantazji wyrosłam, ale wiem, że emocje, zawsze wybiją. Pilnuję by wypływały na bierząco, jakie są, by nie oberwać sierpowym w twarz od samoopalacza.

 

I taki to będzie blog. Param pam pam.