Intimate

O dziurach

Wymyślanie zaczynam od butów.  Marka fason kolor. Potem parametry, wiek, pochodzenie, wykształcenie i przymiotniki.  Na koniec pytanie rozstrzygające, czy postać jest, czy jej nie ma : Co takiego bohatera uzależnia?

Każdy, kto miał przyjemność wie, że to nie używka uzależnia. Są przykrywki, banały: narkotyki, alkohol, pety, cukier, ale to konsekwencje. Co uzależnia to dziura. Pisanie to egzegeza dziur ludzi przy użyciu własnej dziury. Moja to lej po atomówce.

Ryśka buduję na Learze. Nie zdradzą go córki, a kłamstwa. Helkę na Fedrze, uzależnionej od Hipolita o wielu twarzach. Wiem, że te postaci już mogą żyć, zdały egzamin i mają ciekawe, prawdziwe i uniwersalne nałogi. Siebie nie wymyśliłam jeszcze, ale tęsknię za papierosami.

 

O orgazmach kobiet

8 lat przemieszczałam się po kraju, zmieniając co 2 lata miasta, a co pół roku mieszkanie.  Podróże kształcą, a ta podróż i ściany w wielkiej płycie nauczyły mnie, że kobiety zazwyczaj udają orgazmy.

Kobiety robią tak z bardzo wielu powodów. Matka natura nie miała interesu w ułatwianiu orgazmu kobietom, ponieważ nie jest on niezbędny do zapłodnienia. Kościół ma w interesie utrudnianie przyjemności z seksu, bo polityka czarnobiałej moralności i aplikowania poczucia winy i poczucia krzywdy wiąże wiernych do instytucji. Korporacje mają w interesie śrubowanie wizerunku kobiety seksualnie atrakcyjnej, bo kobieta, która ma przekonanie, że na miłość musi zasłużyć, zapracować, coś kupić i coś zrobić, będzie kupowała więcej i zawsze. Nagle powszechnym jest, że dajemy przyzwolenie na seks, przyjemność, zmysłowość ciału pięknemu, młodemu, wypielęgnowanemu. A przecież popęd seksualny świadczy o tym, że człowiek bardziej żyje niż umiera i jest zdrowy, a nie, że ma BMI 17 i lat 17. A gdzie seks kobiet nieidealnych, jak większość czytających ten tekst? Seksualizuje się reklamy skierowane do dzieci, by wychować klienta i przygotować jego recepcję na to, co ma kupować. To skutkuje tym, że w mediach i reklamach pokutuje jakiś odrealniony, wyabstrahowany, wzorzec reakcji seksualnej, gdy pani myje szamponem włosy i stęka, stęka jak widzi nową baterię prysznicową, stęka jedząc słodycze. To stękanie, które przyjęliśmy jako skrót, sublimację ekspresji podniecenia seksualnego, nie ma nic wspólnego z naturalną reakcją, ale właśnie ten szablon odsłuchuję przez ściany nocami i dniami, kiedy to zdesperowane kobiety starają się udowodnić sobie i innym, że stają na poziomie zadania. Stękanie to wzięło się trochę z pornosów, które swoje zostawiają w głowach udających. Pornos kręci się wokół orgazmu mężczyzny, bo oni są targetem i to dla nich uniformizuje się ciało kobiety, włącznie z waginoplastką, by sprowadzić obiekt, kobietę, do statystycznej średniej preferencji, by film zadowolił każdego. Może stąd też się bierze to, że tak niewielu facetów, w pokoleniu wychowanych na pornosach, jest zainteresowanych kobietą, jej satysfakcją, przyjemnością, zaspokojeniem i jej orgazmem, bo mają na seks pogląd, spuszczeniocentryczny. Może właśnie z połączenia przymusu seksualnego pornosów, mediów, korporacji i zakazu autorytetów moralnych, duchowych sprawia, że tak powszechne jest molestowanie seksualne dzieci, i to nie tylko przez księży, ale również przez samotne panie po 40tce, o czym się nie mówi… Kobiety orgazmiczne nie są na rękę polityce, bo kobieta z rozładowanym napięciem nagle widzi szerzej, jaśniej, więcej i ma więcej wolnych MB pamięci oberacyjnej, by uderzyć ręką w stół? Orgazm kobiety też jest zaczarowany naukowością punktów G, A, Z, F, P,… co sprawia, że jak poczytać trochę o tym, to ma się wrażenie, że bez doktoratu nie ma co nawet ściągać majtek. Orgazm kobiety jest zaczarowany psychologizmem, że za jego brak winna jest tylko głowa, i trzeba taką kobietę wrzucić do wanny z bąbelkami, niech się uspokoi i ogarnie, a będzie cacy. Prawda jest taka, że tak jak i u facetów, orgazm kobiety jest też fizjologiczny, tzn warunkuje go mózg, zwłaszcza serotonina i dopamina, ale i umiarkowany poziom testosteronu stałego, wysoki poziom testosteronu wolnego, co między innymi zależy od diety, ale o tym wszystkim kobieta polska się nie dowie, jeśli nie zna języka angielskiego i niemieckiego, nie zna badań na ten temat i nikomu popularyzacja tych badań nie jest na rękę, bo wszystkim bardziej się opłaca kobieta sfrustrowana. Ostatnio zauważyli to w korporacjach farmaceutycznych, ze na tej frustracji można zarobić jeszcze kilka trylionów bilionów zajebilionów i wymyślili FSD. Female sexual disfunction. Chorobę, której objawem jest brak orgazmu podczas stosunku, która zostanie uleczona pigułką. Stanie się tak, jak tylko jakiś lek będzie miał lepsze wyniki niż placebo, a tak się stanie, jak ktoś przekupi komisję.

Konstytutywny nadmiar pragnień kobiet. Konstytutywne niezadowolenie kobiet. Kobiety poniżające siebie nosząc na koszulkach, torbach… wizerunki młodszych, piękniejszych od siebie kobiet. Kobiety torturujące siebie kolekcjonowaniem zdjęć bardziej seksownych od siebie kobiet. Kobiety, ubierające się wyzywająco, by nikt nie zauważył, że udają orgazmy. Kobiety wydzierające się w sypialni. Kobiety wydzierające się na pikietach feministycznych. Kobiety kupujące pigułki, maści, zabawki, książki na orgazm. Kobiety młode, pakujące się do łóżka za wcześnie ze starszymi, bojącymi się dojrzałych kobiet facetami, by zrozumieć, o co to całe halo i udające, że jest fajnie, by ich nie zostawił. Kobiety starsze, które porozumiewawczo kiwają głowami na znak, że cały ten seks jest mocno przereklamowany. Kobiety starsze wyjeżdżające w tropiki, by załapać się na jeszcze trochę seksu, na który tu im się nie pozwala, bo tu kobieta po 40tce nadaje się na śmietnik. Kobieta udająca orgazm, ze strachu, lub wiedzy, że facet ją zdradza. Kobieta udająca orgazm, bo palant zazwyczaj mówi „przepraszam kochanie, ale nie mogłem się powstrzymać, tak strasznie mnie podniecasz”. Udająca w klubie swingersów. Udająca, bo ksiądz powiedział, że nie wolno. Udająca, bo BMI, kg, cm, % tłuszczu, zmarszczka. Udająca, bo kumpelka mówi, że ma kosmiczne. Udająca, bo powiedziała że ma kosmiczne, a nie ma ich wcale. Udająca bo wyzwolona. Udająca bo molestowana. Udająca bo nie może się go doczekać.

W końcu ta kobieta wywala z łóżka korporacje, politykę, księdza, media, książki, rodziców, zabawki, pornosy, koleżanki, zdjęcia, BMI i kiepawego kochanka. To dużo pracy. Może szybciej będzie zboczyć w klimat odgrywania ról, bo wtedy jest się kimś innym i te wszystkie sznurki się rwą? Może fartuszek, może s/m, b.d.s.m, D/s, może zabawa w piratów? Może zaprosi do łóżka mężczyznę, który wie, że jemu i tak będzie dobrze? Ktoś taki, kto najpierw stymuluje największy organ erogenny, kobiecy mózg? Wtedy wszystko będzie dobrze i okaże się, że wcale nie o orgazmy chodzi?

 

Mogłabym tak jeszcze długo, ale wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet.

ps. styl jest badziewny, bo mam gorączkę, poprawię, jak wyzdrowieję.

 

O uwodzeniu i Homme Fatal

Mama załamała ręce. Jej córce zaraz stuknie trzydziestka, a ona siada na rogu stołu, pragnąc już za młodu zostać starą panną i dożywotnio orać pola kwitnące psychopatami.  Wzięła się do roboty, a że specjalizuje się w zaklinaniu milionerów w żaby, ja się specjalizuję w zaklinaniu żab w psychopatów to otwieramy sezon na miłość od pierwszej teściowej.

Uwodzenie polega na tym, by pokazać siebie w jak najlepszym świetle w celu zdobycia pożądanej przez uwodzącego formy miłości. Randki to faza badania rynku, później składa się ofertę z widełkami cenowymi, negocjacje, kontraktacje, realizacje i gratyfikacje. Moja przyjaciółka Maria często podsumowuje „Wszyscy chcą być kochani, a nikt nie chce kochać.” Ma rację, bo miłość, w najróżniejszych formach, jest obiektem pożądania jako przedmiot, jakby to było coś, co można dostać, mieć, zawłaszczyć, wejść w posiadanie za pomocą merkantylnych posunięć.

Lubię mężczyzn, ponieważ się na nich kompletnie nie znam. Krążą banały, że faceci są prości, chodzi im tylko o jedno, najlepiej nimi sterować ręcznie. To wszystko nieprawda, do tego stopnia, by temat oswoić, nazywam mężczyzn czule psychopatami. Geneza semantyki bierze się stąd, że gdy wchodzą w grę emocje wszyscy zachowujemy się jak psychole rąbnięci w sam środek mózgu. Są tacy, co zachowują się normalnie, ale cała reszta chodzi po ścianach i zwisa z żyrandola, rzeźbi kwadratowe jaja, czyli zabiera się za uwodzenie. Jeden potrzebuje udowodnić swoją siłę, przez co całą parę pakuje w próby dominacji, denominacji, ignorancji i arogancji, myśląc, że jeśli udowodni, że jest lepszy, to wtedy będzie kochany. Inny, Mitomanic street preacher, tak długo szyje obraz wyidealizowanego siebie cudzymi nićmi, że nie raczy zauważyć, że nie jest sam w pomieszczeniu i nie wali do lustra. Jeszcze inny będzie tak reglamentował dostęp do siebie, by za nim w nieskończoność gonić, a gdy zauważa rezygnację obiektu ucieczek, dostaje histerii, a jeśli ta przechodzi bez reakcji staje się okrutny jak urażona panienka na wydaniu. Są i tacy, którzy projektują na potencjalną partnerkę tak nieubłagalnie konkretną rolę, że pozostawiają miejsce tylko na ich wyobrażenie i płynące z rozczarowań pretensje. Wspomnieć warto o Pigmalionach na tropie niedostatków, którzy poświęcają się narcystyczno-mesjanistycznej krucjacie naprawiania partnerki, najczęściej poprzez wmawianie wad i problemów, tylko po to, by być autorem nowego, lepszego, okiełznanego bytu kobietopodobnego. Są też i tacy, którzy tak bardzo czują się zagubieni wobec uczucia, że muszą obiekt zdemonizować, by tylko oswoić coś, na co nie znajdują racjonalnego wytłumaczenia i postawić się w roli ofiary fą fątal, rzuconego uroku i klątwy. Często spotkać można takich, którzy by poczuć się bezpiecznie mdleją w ramionach kobiety, składają u jej stóp wszystkie swoje słabości, dyskomforty, traumy i jedyne czego pragną, to być niemowlakiem z owłosieniem łonowym. Nie można zapomnieć o tych, którzy mają ułożone życia, szczęśliwe związki, rodziny i nie mogą się przestać dziwić, gdy kandydatka na drugą wcale nie ma ochoty nią zostać, a im bardziej nie ma na to ochoty, tym bardziej zrobią wszystko, by mieć ją na wyłączność.  Lekarstwo na te wszystkie zachowania jest proste, nieskomplikowane i w przypadkach niewymagających leczenia w zakładzie zamkniętym, skuteczne. Sposoby są nawet dwa! Jedno polega na dokomponowaniu sobie równie poronionej taktyki uwodzenia, jako że jasne jest, że wyżej opisane tyczy się obu płci, by następnie wybuchł piękny, wielki, kolorowy, grzyb termojądrowy – toksyczny związek. Alternatywa zawiera się w słowach „Lubię Cię, będzie dobrze. Papa”.

Czasem żadne remedia nie są potrzebne. Wystarczy znaleźć się w jednym pomieszczeniu z mężczyzną, który wie, ze jest mężczyzną i to wystarczy, a jeśli w tym pomieszczeniu znajdzie się jeszcze kobieta, która wie, że jest kobietą i to wystarczy, to dzieją się cuda. Ta opcja z literackiego punktu widzenia jest jałowa, gdyż dramat żywi się konfliktem, konflikt rodzi wierszówkę, a w wierszówce cała zabawa.

Enkidu i Szamhat

[...]

Zobaczyła tam Szamhat człeka

Męża dzikiego zajadłego

Zrodzonego z dalekich stepów

„Oto on niewiasto obnaż się

Przyrodzenie odsłoń piersi swe

Iżby źrałość twoją posiąść mógł

Skoro cię zobaczy zbliży się

Wzbądź się wstydu i w nim żądzę wzbudź

Przyjmij chętnie jego dyszenie

Szatę rozrzuć, ukaż się naga

Spraw iżby wezbrała w nim siła

Niechaj legnie, niech Cię posiądzie

Niechaj dziki legnie na tobie

Obcym go uczyni dla zwierząt

Jego moc miłosna na tobie”

Obnażyła Szamhat piersi swe

Ujrzał i zapomniał Enkidu

Gdzie się rodził w górach z kim biegał

I się wstydu Szamhat wyzbyła

Jego żądzę wraz rozbudziła

I westchnienie jego przyjęła

I do Szamhat przywarł Enkidu

Do Enkidu przywarła Szamhat

Uczyniła sprawę kobiecą

Przez dni sześć i przez nocy siedem

Dopadał i zapładniał Szamhat

Aż miłością nasyciwszy się

Na zwierzęta zwrócił oblicze

Pierzchły w skok od niego gazele

W drodze pierzchła zwierzyna stepu

Stał Enkidu ciało słabe ma

Nogi w ziemię jakby wrosły mu

Obłaskawił się już Enkidu

Już nie będzie biegał przez góry

Rozum zyskał i poszerzył słuch

Wraca do Szamhat u stóp siada

I w oblicze kobiety patrzy

Ona rzecze „Jesteś jak bóstwo

Czemu za zwierzem się uganiasz

Pójdź a wprowadzę Cię do miasta

Do lśniącego przybytku Isztar i Anu

[...]

Zaklinaczka psychopatów

Rozdział

 

Pewnego lata do Polski przyleciał, świętej już pamięci, Frank Farelly, twórca terapii prowokatywnej. Terapia polega na tym, że Frank siada za kółkiem buldożera i nonszalancko rozwala pacjenta na kawałki, później rozjeżdża go walcem, ale w sposób tak pełen miłości, troski i czułości, że pacjent tylko podnosi głowę z betonu i pyta, czy się równo rozplaściał. Prowadził szkolenia, które miały zostać zwieńczone otwartą sesją pokazową. Frank lata temu rozjechał już moją starszą siostrę i mego tatucha, więc pomyślałam, że prawem sukcesji, czas na mnie. Siostra wrzuciła mnie w nosidełko, przytuliła do piersi, prowadzi do oświeconego psychopaty na wydział socjologii gdzieś na pradze. Na Sali 500 osób, krótki wykład i wywiad z 80 letnim Frankiem i pytanie rzucone w tłum, kto chciałby usiąść na gorącym krześle i w jakiej sprawie. Podniosło ręce kilkanaście osób, w tym ja. Frank błysnął:

-A Tobie co?

-YYYYYY, Panie Frank, mam problem z relacjami międzyludzkimi. YYYY…

-Przyszła do mnie kiedyś pacjentka. Usiadła ciężko na fotelu, jakby zaraz miała się zesrać i umrzeć. Pytam jej, co jej jest, a ta na to: „Życie”. Siadaj.

I tak usiadłam na scenie. Frank wsiadł do buldożera i odpalił silnik. Te 500 osób na widowni zniknęło z po 20 sekundach, gdy trafił na mój pierwszy newralgiczny punkt.

- Jak masz na imię?

- Ada.

- Na miłość boską, kto ci wymyślił takie durne imię? – i uśmiechnął się rozbrajająco.

Rozkraczyłam się jak znalazł ich trzy i zaczął grać akordy, kompromitując mnie przed tłumem ludzi. Z jego żartów, przez łzy, śmiałam się tylko ja i moja siostra. Pamiętam, że cały czas trzymał mnie za rękę i nie było sekundy, w której czułabym się zagrożona. [...Fragment opisowy guzików, które znalazł Frank, które choć obnażone przed tłumem, dziś pozostawiam dla siebie, bo część jest nieaktualna, jednak część wciąż...] Sesja się skończyła. Nie wiem jak się nazywam. Ludzie z widowni zadają mi pytania, a ja umieram z głodu. Spotkanie się skończyło, siostra jak dym zjawiła się obok, by być moją skałą, a zaraz za nią kolejka facetów. Kamila rozdawała kontakty do mnie co przystojniejszym. Od tego dnia wiem, dlaczego kobiety pokazują to, co mają słabe, a mężczyźni to, co mają mocne. Robię dokładnie na odwrót.

&

Potem nastąpił czas żniw, czyli długie maile od tychże kolesi, co mnie widzieli na golasa i seria kaw, piw, drinków i innych brudnych wód sprzedawanych z wysoką marżą. Dłużej spotykałam się z Kamilem, fascynatem coachingu, mentoringu, nlp, socjologii, wszelkich terapii, neuroczegośtam i psychowszystkonaświecie. Każde spotkanie wyglądało podobnie, przychodzę prześliczna, dostaję wyszukany komplement, brudna woda, następny komplement, ja flirtuję, on się zawstydza i wtedy jeps, serwuje mi serię przemyśleń na mój temat. Jak cudownie! Mężczyzna jest żywo zainteresowany moim życiem wewnętrznym, historią, rodziną, myślami, analizuje konstrukcję psychiczną, obleka w obmyślane wcześniej zdania swoje diagnozy i serwuje serię retorycznych pytań do przemyślenia – woda na młyn narcyzmu! Wszystko to okraszone maślanymi oczami, zwyczajowym dla randek stopniowym przekraczaniem granic bliskości fizycznej… Miodzio! Jednak niezależnie od ilości podjętych prób sprowadzenia rozmowy na inny temat, ciągle wracał do babrania się w mojej głowie.

Kiedy już miałam spis wszystkich syndromów, kompleksów, zaburzeń, zostałam wysłana na rozliczne terapie, od ustawień Hellingera po Gestalt, miałam stosik książek do przeczytania, pomyślałam, dość. Jak mam zbudować relację z kimś, kogo podniecają moje zaburzenia, a przecież pewnego dnia on mnie z nich wyleczy i co wtedy?! Piję wodę brudną kawą za 12 zł i czekam, aż weźmie wiertarkę i zacznie mnie naprawiać.

- A wiesz jaki masz problem, Ada?

Uśmiechnęłam się tak uroczo, jak tyko ja potrafię.

- Nie, nie wiem! Ty też nie wiesz, ale chętnie się dowiem, jaki Ty masz ze mną problem!

Coś zbladł. Więcej mnie nie zaprosił na brudną wodę. Specjalnie nie cierpiałam z tego powodu. Na swoje zaburzenia też już nie cierpię. Cieszę się każdą ich chwilą.

Zaklinaczka psychopatów

ORozdział

 

Na widowni w teatrze poznałam studenta medycyny, o urodzie Doriana Graya. Po udanym spektaklu, poszliśmy na jeszcze bardziej udaną kawę. Przeżyłam pierwszy orgazm mentalny z kimś, kto czytał moje ulubione książki, a wtedy wielbiłam te stare, grube i trudne. Po ustawowych 7 kawach przenieśliśmy się do naszych bibliotek. Jego powaliła mnie na kolana. Było tam wszystko, co miałam na liście „do przeczytania” i „do kupienia jak będzie szmal”.  Skrzenie było tak intensywne, że trzeba było pilnować, by nie zajęły się płomieniem naszego porozumienia opasłe tomiska, po które co i rusz wstawał, by przeczytać mi skrupulatnie, linijką podkreślone fragmenty. Mijały trzy miesiące, ja wciąż siedzę na kanapie, on na fotelu i choć nie jestem małostkowa, to zastanawiam się, czemu tarzamy się w treściach, a nie po podłodze…

Mieliśmy lot po trawestacjach i reinterpretacjach Fausta. Mnie znosiło na Mana, jego na Goethego. Wzrok mi utkwił w podłodze, tam zobaczyłam jego stopy, założone na siebie, bezbronnie, podwinięte palce.

- Ale w sumie, co nas, młodych ognistych, obchodzi historia kolesia, któremu nie staje i łyka szatana?

To była pierwsza ostra kłótnia. Wysiadłam, gdy zarzuty oblekał w cytaty z „Dialektyki Negatywnej” Adorno, którą mamy oboje, tyle że on przeczytał ją ze zrozumieniem, a ja w sekrecie ozdabiam nią półkę. Rzucił we mnie wieżą Holderlina, ale tak abstrakcyjnej finty już nie przełknęłam.

Happy end był nieunikniony. On ożenił się z pielęgniarką z czwórką dzieci, a ja byłam do przodu o cztery metry półki, których nie musiałam ani kupić, ani przeczytać, ani zrozumieć. Jest teraz jednym z lepszych okulistów w kraju.

&nbsp

 

Rozdział

 

 

Zaczepił mnie kiedyś w necie pewien zbuntowany nastolatek koło 30tki-40tki, obdarzony zapierającą dech w piersiach inteligencją, bujnym życiem wewnętrznym i nietwarzowym nazwiskiem. Jak przystało na egzaltowaną nastolatkę, zakochałam się w nim bez pamięci, ale pech chciał, że wolał moje koleżanki. Łatwo się nie poddaję, więc rzuciłam:

- Co ci szkodzi zakochać się we mnie do szaleństwa i rwać włosy z pośladków? – i dałam w długą.

Wyszło na jaw, że nic nie stało na przeszkodzie i jak tylko zmieniłam miejsce zamieszkania i obiekt niepamięci, padł z wrażenia, jakie na mnie robił. Minęło 10 lat i mijamy się czasem na światłowodach. Koniec jest taki, że wilk syty i wilk syty, bo czasem cytuje tamtą zakochaną w nim nastolatkę, co bardzo miłe i to piękny, obosieczny happy end. Tylko tych pośladków szkoda, ale czego się nie robi dla psychopatów.

Mów do mnie szyfrem

Pewien cesarz pojął za żonę dziewicę z odległego kraju i długo przebywał z nią w jej ojczyźnie.

Dj: Bo w każdym człowieku jest dwóch tancerzy. Prawy i lewy. Dwaj tancerze – płuca. Płuca tańczą i dostarczają mu tlenu. 

Pewnego dnia chciał wrócić do swojej ojczyzny, ale jego małżonka nie chciała się na to zgodzić i powiedziała: „Jeśli odejdziesz, zabiję Cię!”

Dj: Bo każda kobieta jest biorcą tlenu, ale nie każda jest jego dawcą. 

Cesarz kazał wykonać dwa pierścienie. Jeden dawał wspomnienie, a drugi zapomnienie. Pierścień wspomnienia włożył na swój palec, a pierścień zapomnienia wręczył swojej żonie.

Dj: I aby oddychać pełną piersą wziął tlenodajną łopatę i zabił żonę beztlenowca. Taniec zaczął go wciągać i wciągnął go do innej krainy. Tam był tylko ruch i taniec. I taniec tak go wciągnął, wciągnął i już tak mocno wciągnął, że postanowił już na zawsze pozostać w krainie tlenu. 

Cesarz wrocił do swojej ojczyzny i stał się Czarnoksiężnikiem. Miał bardzo piękny ogród, a w nim tyle wonnego kwiecia, słodkich owoców, rozkoszy ziemskich, że przebywanie tam było nieziemską przyjemnością. Ci, którzy, raz się tam znaleźli, widząc tyle wspaniałości, prosili, aby wolno im było tam pozostać do śmierci.

DEALER: W chwili gdy pan mnie dostrzegł, linia po której pan kroczył, uległa wygięciu, i to nie wygięciu oddalającemu ode mnie, lecz wiodącemu ku mnie, gdyż inaczej nie spotkalibyśmy się nigdy, bo ja przemieszczam się niemal nieruchomo, jak ktoś, kto z jednego i miejsca wypatruje przechodnia i czeka, aż ów zboczy z drogi, jednak jedyne co się liczy to fakt, że spojrzał pan na mnie, a ja na pana, tymczasem linia, po której pan zmierzał , z absolutnej, jaką była, przekształciła się we względną, ani prostą, ani wygiętą, lecz fatalną.

Czarnoksiężnik zgadzał się na prośby pozostania w czarodziejskim ogrodzie, ale tylko pod warunkiem, że on, Czarnoksiężnik zostanie ich spadkobiercą. Przybysze wierzyli, że ogród jest rajem, w którym będą mogli pozostać na zawsze i przyznawali mu dziedzictwo. Czarnoksiężnik przeglądał się w pierścieniu wspomnień, wstawał nocą i zabijał ich we śnie.

KLIENT: Okrucieństwo nie polega na tym, że jeden człowiek rani drugiego, go okalecza, torturuje, obrywa kończyny i głowę, nie. Prawdziwe okrucieństwo jest dziełem tego zwierzęcia lub człowieka, który porzuca inne w stanie nieukończonym, w zawieszeniu jak wielokropek pośrodku pełnego zdania, czyniąc tym samym, z innego zwierzęcia lub człowieka, pomyłkę spojrzenia, pomyłkę osądu, pomyłkę po prostu, jak ledwo zacz­ęty list, który gwałtownie mnie się w garści tuż po napisaniu daty.

Tak, przy pomocy wspaniałego ogrodu, Czarnoksiężnik dokonał nieprawdopodobnej wręcz ilości spełnienia marzeń.

DJ: Tak więc, aby mieć prawo do życia na tej ziemi, trzeba nauczyć się oddychać powietrzem i w żadnym wypadku nie uzależnić sie od tlenu, bo jeśli wpadniesz w ciąg tlenowy, to ani pieniądze, ani nawet śmierć nie będą w stanie ograniczyć tej żądzy piękna i wolności, która Cię posiądzie.

 

 

Na podstawie kilku opowieści z „Gesta Romanorum” + „Tlen” + „Samotność Pól Bawełnianych”. Fragmenty po wolnej i dowolnej obróbce.

Zaklinaczka psychopatów. Rozdział 0

Ada Konieczny

„Zaklinaczka psychopatów”

Rozdział 0
   Gdy miałam cztery lata, mama położyła mnie spać z synem jej koleżanki, z cherubinkiem Dawidkiem. Dawidek najpierw starał się włożyć mi palec do nosa, potem chciał obmarować mnie smarkiem, na koniec wymyślił zabawę w wykręcanie kciuków. Mama mówiła, że jak biją, to oddawaj dwa razy mocniej. Może dzięki temu tak błogo zasnął, ale po chwili tak się wiercił, tak mnie skopał, że go obudziłam. 

– Dawidku, nie mogę z Tobą spać, bo mnie kopiesz.
– Adulku, ale ja Cię tak bardzo lubię! 

I tak zaczęła się moja przygoda z psychopatami.

O ściemnianiu, nauczaniu, dupie i Adzie

Dałam na wykładzie czadu i było zajebiście. Jak to Michał określił, chaos kontrolowany, i o to, to, to, chodziło.  Wszystko dzięki zajobistycznej grupie ludzi, który umieją i chcą słuchać, bo mają coś do powiedzenia i temu, że poszłam zeszmacona stresem, 2godzinną sesją kickboxingu, nie miałam siły i wolnych mb pamięci operacyjnej, by ściemniać, bo było o tym, że ze ściemniania niewiele wynika. Przyszło też kilka ziomów, czego się kompletnie nie spodziewałam  i miałam mega wsparcie. Dostałam nowe słowo wytrych na siebie, jest to KOBIETA RTĘĆ i generalnie zrobiłam, też na sobie, bardzo dobre wrażenie. Szczęście się łasi. Chcę to robić częściej.

Jest problem ze ściemnianiem, bo jak mówi dr. House, wszyscy kłamią. Każda generalizacja jest chybiona, ale to adekwatny pogląd napisany dla postaci dziada jęczybuły, narkomana i niespełnionego psychopaty. Za to Housa lubimy, że jest potworem weredykiem, jakim każdy chciałby być, ale kochamy go za to, że jest w tym bezbronny. Kłamie większość, poza tymi, których zawodem jest kłamstwo, czyli poza aktorami. W Hiszpanii jest mniej szkół teatralnych niż u nas,  ale są. Znana jest praktyka, że na pierwszym roku wykładowca otwiera proces nauki aktorstwa, usuwając  najpierw z adeptów przeszkodę, jaką jest udawactwo, pozerstwo, inaczej ściemniarstwo. Zbiera się studentów pierwszego roku, którzy będą skazani na bliską współpracę ze sobą przez następne 4 lata. Wykładowca uprzedza, że zgasi światło. Wtedy Panie i Panowie się rozbiorą do naga, a on wyjdzie, wychodząc, zapali światło. Państwo mogą się sobie nawzajem przyjrzeć, porównać, ocenić, kto ma większego, a kto mniejsze, itp. Potem on wróci do sali wyłączając światło. Państwo się ubiorą i będą mieli siebie z głowy. Wszystko jest jasne i można zacząć rzeźbę w ogniu. W sumie to nie głupie, bo aktor to ciało, ciało, które musi pokonywać własne ograniczenia, a nie ma na to szans, jeśli musi marnować energię na polerowanie  gały przed kolegami. W Polsce ten eksperyment w szkole teatralnej zakończył się skandalem, klęską, zwolnieniami, choć rocznik, który podszedł do eksperymentu po pięciu latach okazał się wyjątkowo zdolny.

System szkolnictwa nie ma sensu, ponieważ uczenie czegoś naprawdę, na serio, wymaga spełnienia jednej zasady. Uczeń musi sam wybrać mistrza, a mistrz musi sam wybrać ucznia. Nauka, polegająca na podstawieniu ludzi jak pionki w role, sprawia, że nauczanie jest takie, jakie każdy pamięta ze szkoły podstawionej.

Jeden mistrz, z którym żeśmy sobie siebie wybrali, to Głuchy. Głuchy jest mistrzem gry w masce, drugi mitologiczny nauczyciel pantomimy po Tomaszewskim. Pan, około 80tki czy 90tki, może 110tki, z twarzą jak rodzynek i ciałem, poczuciem humoru, radością życia nastolatka. Głuszczak  40 lat pracował nomen omen z głuchoniemymi i mówiąc ogólnie, jest niefrasobliwym geniuszem. Pracowałam z nim raz, robił ruch sceniczny. Puściłam mu utwór ze zmiennym metrum na 3 minuty. Raz. Przyszli aktorzy, ustawił choreo, puściłam muzę i wszystko pasowało co do 8mki. Szacun. Od niego wiem, że gra w masce toczy się pod maską, bo impuls (tok) wychodzi z klatki piersiowej, a reszta ciała jest jak gałganek na zamachowej kukle. To, co jest w tym sercu, to, co sprawia ten impuls, co uruchamia koło zamachowe, zależy od tego, czy aktor wie co ma między nogami, po co to tam ma i co z tym robić. Ładna metafora, Jung mówi to samo, w przybliżeniu, o energii libido. Głuchy zawsze, jak się widzimy, z zawziętością zaciętej płyty opowiada anegdotę o pewnej Adzie.

„A opowiadałem Ci o Adzie? To ci opowiem. Miałem taką przyjaciółkę, miała na imię Ada. Była malarką, bardzo piękną, mądrą, zdolną artystką i kiedyś zachorowała, że musi namalować żółtego Chrystusa. Poprosiła mnie, bym jej pozował. To się rozbieram, staję, ona maluje i… nie wychodzi. Znów się spotykamy, rozbieram się, staję, ona maluje, nie wychodzi. Ciągle nie wychodziło, aż Ada powiedziała „Muszę mieć Cię z głowy.”. Ale czego się nie robi dla sztuki! Zaraz potem, a może długo potem, nie pamiętam, zwlekliśmy się z podłogi i wyszło. To był bardzo dobry obraz.”

Cukier tuczy, morał krzepi, więc nie dzwoń do mnie kiedy będę stara.

O tańcu brzucha, obcych i rzyganiu.

Taniec brzucha wziął się stąd, że reżyserowie kina niemego dowiedzieli się skąd się biorą dzieci z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Na tamte czasy czytanie ze zrozumieniem było o wiele bardziej popularne, dlatego chłopakom nie zazdroszczę, że chcąc nie chcąc, musieli się połapać w pudełkowej narracji, co musiało nieźle wpieniać kogoś, kto szuka ziarnka pieprzu w stogu pudeł. Chłopaki dorwali się do kamer i wyobrazili sobie, że w kraju muzułmańskim laski biegają w przeźroczystych pumpach i odstawiają tany siedmiu zasłon, których punktem kulminacyjnym jest figura „Zjadłam obcego żywcem, patrzcie jak się rzuca po żołądku”, czyli fala mięśniami brzucha. Zastawienie estetyczne nagrzanych chłopaków jednak przeszło do burleski, na fotoplastykony i nie miało nic wspólnego z tym, jak tańczyły wtedy czy arabki, czy hinduski, czy beduinki, ale sugestia była na tyle przekonująca, że bez pytania następne pokolenia twórców przejmowała właśnie takie wyobrażenie tańca kurtyzan. 

Cała koncepcja z Wikipedii na temat plemienia Ouled Nail i kolonii francuskiej w Algierii jest chybiona, równie chybiona, jak to co pisał Grotowski o objawieniu tańca Katakhali, o tym wszystkim można się dowiedzieć, jak się trochę po Afryce pojeździ, popyta, najlepiej z intencją idiotyczną, że jedziesz w podróż duchową po oświecenie. O tym, czym Katakhali jest, a co sobie Grotowski przyśnił, podróży po Arabii i oriencie, może następnym razem.

Nawet Egipcjanie dali się nabrać, dlatego do każdej turystycznej miejscowości ściągają dziesiątki wyszkolonych Rosjanek, by oświecać cekinami taniec brzucha, bo przecież żadna arabka, w kraju, w którym za cudzołóstwo jest kamienowanie, by się z kimś przejechać po one night stand trzeba mieć urfi, czyli tymczasowe małżeństwo, nie będzie ku uciesze turystów pożerać obcych żywcem. Robią to Rosjanki, rząd tymczasem reglamentuje ilość lotów z Moskwy, ze względu na epidemię HIV, która jest poważnym zagrożeniem dla PKB światowej stolicy seks turystyki, ale o tym wszystkim może kiedy indziej i raczej przy okazji smutnej notki, że w naszej kulturze nie ma przyzwolenia, by ciało nieestetyczne doświadczało przyjemności, piątej kolumny i młodych kultur pożerających stare.
Wzorzec z kina niemego nazwany jest stylem Kabaretowym, jest styl Egipski, o którym Egipcjanom nic nie wiadomo, zyliony innych, co tancerka, to ma nowe objawienie. Jedna niezła, Carolena Nericcio, pojechała do Jemenu, zobaczyła Beduinów, zabrała od nich tonę żelastwa, złapała rdzeń tańca, połknęła go, przetrawiła w brzuchu i wypluła styl plemienny czyli American Tribal Bellydance.
Praktykowałam Tribal kilka lat, dorobiłam się swojej kupy żelastwa z Jemenu, Rajastanu i Penjabu, później uczyłam tańczyć lat dwa swoją ukochaną grupę dziewuszek. Tribal, to kilkadziesiąt sekwencji ruchów. Założeniem występu, jest brak ustalonej choreografii, taniec jest improwizowany. Są niezauważalne dla widza mikrogesty, czasem dłonią, czasem mina, czasem zaśpiew. Grupa, gdy się zgrywa, sama wytwarza swój język. Tancerka, która aktualnie sama wyszła na pozycję lidera, komunikuje grupie co będzie dalej. Jak jej się przewodzenie znudzi, niezauważalnie rolę przejmuje inna, i tak to trwa.
Kilka zdolniejszych uczennic Caroleny brało inne prochy i stworzyły styl Tribal Fusion, taniec solowy do ambientowej muzy, opierający się na graniczącej z cudem perfekcji w opanowaniu własnego ciała. Mają żelastwo i dziadostwo na sobie, fajne dziary z sanskryckimi tekstam i poschizowanych muzyków. Praktyka tancerki Fusion: co rano o 7:00, jedziesz 1,5 godziny jogę. Joga, ten zestaw dziwnych póz, zmienianych w zastraszająco wolnym tempie, wskazuje Ci z neutronową precyzją, gdzie jesteś słaby, gdzie niedomagasz, uczy pokory, uzdrawia powoli, zawsze o krok wolniej, niż cieszyłby postęp. Leje się z Ciebie jak z sylwestra, co kilka tygodni czujesz ból mięśnia, o istnieniu którego nie śniło mi się nawet na studiach rysunku anatomii, ale jak nie ćwiczysz więcej niż dwa dni z rzędu, jest Ci tak źle, że masz ochotę skoczyć z mostu. Oficjalnie mówisz, że wszystko po to, by dla własnej satysfakcji móc odchylić wyprostowane plecy pod kątem 110 C, sprawić wrażenie ciała gumy, zrobić numer z pożeraniem obcego, mieć tak opanowaną izolację klatki piersiowej i bioder, że dołem piszesz swój numer na 3/4, a górą adres na 4/4… i kilka innych numerów cyrkowych, tak, że nie widać po Tobie, jak to jest trudne i ile miesięcy, czasem lat, zajęło ich opanowanie.
Teraz po moim żołądku szaleje obcy, choć siedzę przy komputerze, kot na mnie leży i piszę tę notkę. Rok temu na zajęciach networkingu, powiedziałam prowadzącemu, że się nie zgadzam, że to wszystko nieprawda, że jest inaczej, że to, co mówi nie działa. Życie jest ciekawsze niż wyobraźnia, bo zadzwonił, czy nie poopowiadałabym tego, co opowiadałam wtedy ludziom na Koźminie, ludkom z Toastmasters Liders i jeszcze mi przyfasolił na czoło gwiazdę Chucka Norrisa w przemawianiu. Nie dość że jest mi strasznie miło, to Artur zaskoczył, zapunktował i chce się wymiotować, bo to jutro stanę przed nimi, będę się wymądrzać na temat mowy improwizowanej, więc będę improwizować, czyli wszystko może pójść źle. Sięgam po mądrość ciała i jego warsztat, który wyniosłam z praktyki tanecznej. Liczę na działanie mikrogestów, sekwencje ruchów, komunikację rytmem i ciałem. Liczę też, że przyda się cały trud, jaki wkładam w złudzenie, że to wszystko robię ot tak sobie, niechcący, w sumie przy okazji i nic mnie to nie kosztuje.
Mam tremę, rzygam, improwizuję.