Lifestyle

O przetrwaniu

 

Pewnego dnia, zagubione na wietrze nasiono topoli wylądowało na dachu starej, opuszczonej elektrowni. Spadł deszcz i nasienie wpłynęło w wyszczerbioną spoinę między cegłami. Wiatr wysuszył wodę i przywiał kurz, otulił nasionko. Inshallah pomyślało i czekało. Spadł deszcz. Nasienie stwierdziło, że skoro tu jestem, dam sobie radę. Zapuściło korzenie. Maleńkie, jak mało miało miejsca. Wypuściło kiełek ku jedynemu słońcu. Przyszła zima, przetrwało pierwszą głuszę i mróz. Przyszła wiosna, rozpychało się korzeniami w spoinach, wypuściło liście i gałęzie, maleńko, tylko tyle, jak mało miało miejsca. Przyszło lato, wytrzymało suszę, przyszła jesień, wytrzymało wichury. Wpuściło korzenie głębiej, gałęzie wyżej, tylko tyle, jak mało miało miejsca. Żyje tak na dachu starej elektrowni i spogląda na mnie przez okno. Mówi, że i tak przetrwamy, nawet jeśli z nikim nie możemy się podzielić, jak nami ten wiatr kurwa telepie. Choć mało mamy miejsca, patrzymy na świat znad ziemi, rozbijamy korzeniami cegły, przetrwamy.

Bajka o przeszkodach

Leżę na kanapie i patrzę na ścianę. Ma 185 lat i marzę, by kiedyś znalazł się na niej neon „Things ain’t always what they seem in this place. So you can’t take anything for granted.”*

Napisałam życzenie, odpowiadam za spełnienie. Stawiam miotłę pod ścianą, bo przyjdzie ktoś z wiertarką, cegła zapłacze ceglanymi łzami, aż wyłoni się tatuaż cały ze światła. Powiem jej: Poboli, poboli, przestanie. Lubię Cię. Jest dobrze.

Pierwszym prezentem dla mojego domu był posążek Ganeshy. Ganesha jest bożkiem, który usuwa przeszkody. Taki czas, że puściłam kierownicę, kładę dłonie na udach, zamykam oczy, oddycham i przyzwalam. Przeszkody niepielęgnowane pokonywaniem znikają. Porządek staje się sam, a droga jest czysta.

Moja mama sprzedała mieszkanie. Nie było nam tam dobrze. Jeden pusty pokój, rana brocząca przez trzy życiorysy. Poszło, nie ma. Mama opowiada, jak znajdowała mnie pod stołem, gdzie rozmawiałam ze swoimi paluszkami, bo jak zjem wystarczająco skrzydełek kurczaka to wyrosną mi skrzydła i będę dyrektorką wielkiej fabryki czekolady. Droga była i jest znów prosta. Mam wielkie skrzydła, wzbijam się i układam cegiełki korporacji, a paluszki zastępują mi ludzie, którzy chcą słuchać  kawałków mojej czekolady i częstują mnie swoją. Wszystkiego jest dużo i wystarczy dla wszystkich.

*Robal w filmie Jima Hensona „Labyrinth”, 1986

 

A-a-a. Wilkołaczki trzy

Zadawanie się z oświeconymi jest z wszech miar upierdliwe. Bo nie lewitują nad jeziorem w lotosie puszczając bąki, by medytować karmę w pierścieniach na wodzie. Nie siedzą w aśramachw Indiach, ani w klasztorach w Nepalu. Nie prowadzą w złotym turbanie wiernych. Nie sypią złotymi myślami z rękawa i nie dają dobrych rad. Z tymi, jest łatwo.

Dora opowiedziała mi całe moje życie, przeszłość ze szczegółami, przyszłość w trzech słowach. Radośnie oznajmiła, że nauczy mnie wszystkiego.

Dora z zawodu jest mikrobiologiem, pracowała w szkole i laboratorium. W wieku 25lat zdiagnozowano u niej stwardnienie rozsiane. Powoli musiała się wycofać z zawodu. Poznała kobietę smoka, z którą robiły w latach 90tych boom na ezoterykę, prowadząc wydawnictwo. O magii mówi, że kto ma wiedzieć, wie, a dla reszty robi się zabawki, stopnie wtajemniczenia i duchowe zagrożenia, jak demony, klątwy i uroki. Dora zrozumiała, że dostała to za darmo i nie może za to brać pieniędzy. Coś się przelało, jak zaczęły pisać książkę o urokach […]. Pracowała na kasie w sklepie. To jedyna praca, na którą pozwala jej choroba. O s.m. mówi, „Moje zwierzątko, mój rak, co zabiera mnie tyłem do domu.”. Bierze udział w eksperymentalnej terapii. Czuje, jakby do mózgu ktoś jej wlewał beton. Z Waldkiem poznali się w podstawówce. Byli w sobie zakochani kilka lat, ale matka Dory nie pozwoliła im się spotykać. On się ożenił z fryzjerką, ona ze sprzedawcą samochodów. Oba związki się rozpadły. Spotkali się na przystanku autobusowym, gdy mieli lat 39. Uczepili się siebie pazurami, dziesięć miesięcy później, w 21.08.2004, urodziła się Ola. Lekarze zalecali aborcję, bo nie widzieli możliwości, by 40letnia kobieta z s.m. urodziła zdrowe dziecko. Ola, urodziła się bardziej niż zdrowa. […] Do dziś jest królową rebelii.

Trzy lata żyłam w trójkącie. Rano studia, popołudnie teatr, wieczór u Dory.  To, co widziałam i słyszałam w szkole, wykluczało się z tym, co widziałam i słyszałam w teatrze, a nauki u Dory wykluczały i jedno i drugie. Panowie czynili orędzia. Przemowy, agitacje, konstatacje. Wielu było wielkimi mędrcami i złamali pin kod matrixa. To były bardzo mądre rzeczy, ale one nie były po to, by napełnić ucznia, ale po to, by opróżnić mistrza. Każda kobieta tę różnicę rozumie. Dora, siadała ze mną w kuchni, maleńkiej, zastawionej pudłami. Robiła nam kawę i jedzenie. Wyciągała przemęczone nogi. Brenda kładła się pod jej stopami.  Ola wstawała w nocy i przychodziła do nas. Mówiła, że jak jestem, są wszyscy. Wyjątki, święta, które stały się tradycją. Nauka polegała na tym, że cokolwiek nie mówiłam, Dora kończyła za mnie zdania, jakby czytała w myślach i zamykała całą rzecz w symbolu.

Kiedy przynosiłam jakiś pogląd, pogodnie się zgadzała. Przynosiłam pogląd sprzeczny, też się zgadzała. Podobnie było, gdy przynosiłam w zębach historie o ludziach, kąski mięsa teorii psychologicznych… Nosiłam drewno do lasu.

Robiłam znajomemu kawę. Podałam kubek niezręcznie, a on zaatakował, że jestem mańkutem. Zapytałam Dory, czy bycie leworęcznym coś tu znaczy. „Kotku, on wie, że jest gejem i nie chce, by inni to wiedzieli.” Comming out zrobił kilka miesięcy później.

Zapytałam jej kiedyś, czy mam starą duszę.

- A badałaś kiedyś iloraz inteligencji?

- Tak. Wtedy był bardzo wysoki. Ale badania na inteligencję mierzą tylko umiejętność rozwiązywania testu na inteligencję.

- Czyli miałaś więcej niż inni, byłaś lepsza niż inni, a potem okazało się, że to nie ma znaczenia.

 

Mam zakuty łeb, zadawałam dalej debilne pytania. Wysłała mnie na targi ezoteryczne. Dostałam zadanie. Mam kupić sobie narzędzie, jakie tylko chcę, ale jest jeden warunek. Muszę kupić je od osoby, od której kupiłabym pietruszkę na bazarze. Wróciłam z pietruszką i warzywami na kolację.

Miała rzut choroby. Parszywy. Zgroza. Strach. Waldek nie przeżyłby dnia bez niej. Co by się stało z Olą? Co ze mną? Szpital. Było źle. Sterydy, doszła infekcja, czuwaliśmy na zmianę. Przez sen mamrotała „Jeśli to dziś, to dobrze. Jeśli nie dziś, to też dobrze.”. Jak się obudziła, Ola jej powiedziała „Nie dziś mamo.”. Wyszła z tego natychmiast. Kilka lat już nie ma rzutu.

Człowiek oświecony ma to do siebie, że nic od niczego i nikogo nie chce. W działaniu do złudzenia przypomina człowieka w apatii, żałobie i winie. Różni ich jakość niechcenia. Oświecony nie chce z głębokiej zgody. Oświeconego nie da się zranić, bo wie, że to on decyduje, czy odda się spijaniu soczku z bycia ofiarą. Wie, że te soczki zabezpieczają, jak formalina, przed zmianą, pomagają umrzeć za życia. A Dora nie wierzy w śmierć ani za życia, ani po nim.

Dora zgadzała się na moją pieprzniętą potrzebę ratowania wszystkich i wszystkiego. Dostawałam wścieklizny widząc, jak ją traktują w pracy. Pokazała mi blizny na nodze. Brenda chciała ją obronić przed innym psem. Okrutnie Dora się przy tym potłukła. Nie zrozumiałam. Wzięłam Brendę na tresurę. Nauczyła się siadać, chodzić przy nodze i nie rzucać się na psy. Oddałam naprawioną. Brenda jest wilkiem. Nowe umiejętności były aktualne tylko gdy byłam obok. To jest jej stado i broni go tak, jak uważa.

Raz, zobaczyłam wschód słońca nad polami gryki z człowiekiem, którego kochałam. Poczułam, że wszystko jest doskonałe i świat nie potrzebuje ani moich kwadratowych jaj, ani siły, ani tresury.

„Córeczko, zmienisz świat z doskonałego, jakim jest, w doskonały, jakim zawsze był. Każdy, kto stanie na Twojej drodze, zmieni się, z doskonałego, którym jest, w doskonałego, którym zawsze był. Sama też się zmienisz z doskonałej, którą jesteś, w doskonałą, którą zawsze byłaś. Weź Brendę na spacer. Wracając kup chleb. ”

21 sierpnia, na 9 urodziny Oli, Ola Dora i Brenda przyjeżdżają do Żyrardowa. Jeśli ktoś jest chętny dołączyć do naszej watahy, to zapraszamy kogoś do wożenia nas po Warszawie. Ola jeszcze nigdy nie była w Warszawie. Jeśli ktoś rozwali centrum kopernika albo zoo, to nie mówicie nikomu, że ona tu jest.

She Wolf

Brenda jest w jednej szóstej wilkiem. Rasę zwą wilczakiem czechosłowackim. Jest pierwszym psem, którego się nie boję.  Może dlatego, że jest wilkiem.

Szukałam lodówki. Rozbijałam się po Białymstoku na białym rowerze, od komisu, do komisu. Lodówka miała być mała, tania i działać. Był problem z działaniem, dlatego bezzębni sprzedawcy zapraszali na wieczne za tydzień. Szukanie lodówki stało się sobotnim rytuałem, aż zapomniałam, czego szukałam. Raz, jak co tydzień, zaparkowałam rower pod komisem, idę usłyszeć, to co zwykle. Kilkanaście metrów dalej stała grupa facetów, jeden z psem. Pies, jak tylko mnie spostrzegł, zaczął się rwać. Facet trzyma sznur krócej. Rwie się mocniej. Facet szarpie. Pies skomle. Staje dęba. Facet wrzeszczy. Przeciągły skowyt, prawie śpiew. Facet złapał psa. Odwinął mu się.  Puścił sznur. Biegnie w moją stronę. Życie przeleciało mi przed oczami. Zesztywniałam. Zwalista masa szarego futra biegnie na mnie. Wyhamowała, ukłoniła się na przednich łapach i zaczęła wokół mnie skakać. Zawinęła się jej łapa w sznur, więc jej go odwinęłam. Nie wiem co dokładnie było dalej i ile to trwało, byłam w szoku. Pamiętam, że cały czas pies na mnie skakał, lizał, obwąchiwał i chciał się ganiać. Właściciel suki, Brendy, nazywa się Waldek i dogadaliśmy się, że ma lodówkę dla mnie i  podrzuci ją dzisiaj do domu. Dałam adres i jakimś cudem nie zastanawiałam się, czy czerwony kapturek nie wpakował się właśnie z wilkiem w krzaki.

Waldek przyszedł z lodówką, która, jak czytelnik może się domyślać, nie działała. Próbował ją naprawić, bezskutecznie, rozwalił kciuk. Chciałam opatrzyć, ale wspomniał o swojej żonie i jej sposobach na skaleczenia. Nie wiem czemu, ale spytałam, czy jego żona nie ma długich czarnych włosów. Przechylił głowę na lewo. Uśmiechnął się pod wąsem. Wziął z biurka kartkę i długopis. Poprosił mnie o moją datę urodzenia. Napisałam. Powiedział, że dzisiaj, 24 lipca 2008, jego żona obchodzi 45 urodziny. Zaprosił mnie na kolację. Podsumowując: byłam bliska zejściu na zawał, zakochał się we mnie wilk, dostałam za darmo niedziałającą lodówkę, od faceta, który pyta mnie o dane osobowe, jego żona, której fryzurę znam, ma dziś urodziny. Podlasie psia jucha ale jestem na tak. Idę.

Byłam przed czasem. Otworzył mi drzwi ktoś, kogo dobrze znałam, ale pierwszy raz widziałam. Maleńka kobieta z czarnymi włosami, drobnymi stopami, delikatnymi dłońmi i dzikim, wilczym spojrzeniem. „Nareszcie jesteś.”. Oto ktoś, z kim wymieniam pierwsze zdania, ale to była kontynuacja raptownie przerwanej kiedyś rozmowy.  Wnosząc na stół białoruskie potrawy opowiedziała całe moje życie. Brenda, położyła się, spokojna u nóg Dory. Czasem na nas spoglądała.„Dobrze, że już jesteś. Dobry wilk.”.

I tak wilk przyprowadził mnie do domu. Opowieść o Wiedzmatce, choć toczy się już pięć lat, muszę brutalnie przerwać. Po pierwsze dlatego, że tendencja nieprawdopodobieństwa od tego momentu rosła w tempie arytmetycznym, a po drugie, zdaję sobie sprawę, że numer do Tworek czy Choroszczy jest ogólnodostępny, jak i mój adres zamieszkania.

Jeśli czytelnik doczytał tak daleko, to życzmy Dorze wszystkiego najlepszego z okazji 50tych urodzin.

O monologu, adresacie i świetle.

Nie istnieje nic takiego jak monolog. Aktorzy nazywają tak kilkanaście linijek kwestii nieprzerywanej dialogiem, cieszą się i boją, gdy dostają je do zagrania. Początkujący autor, popełnia co najmniej jeden monolog na 3 strony dialogu. Najczęściej znaleźć tam można informacje, których nie dało się upchnąć w dialog albo obrazek postaci rzucającej się po ścianach. Na poziomie zaawansowanym „monolog na stronie” to dialog otwartej, niczym nie skrępowanej duszy postaci z widownią. Jest po to, by widz mógł zajrzeć w konflikt wewnętrzny, rozterkę, walkę, trud, w ból – czyli słabość opuszczającą ciało pod postacią słów. Monologi są albo wybitne albo do skreślenia. Monologiem nie jest ruminacja i przeżuwanie siebie, to dialog wewnętrzny, którego świadkiem jest świadomość. Monologiem nie jest też pisanie, choćby bloga, bo każdy kto pisze, ma adresata, z którym stara się nawiązać dialog.

Nie ważne kim jest ten adresat. Nie ważne czy żyje, istnieje, czy zajmuje jakieś miejsce w życiu, czy obłożony jest rolą.  Ważne, jaki masz do niego stosunek, czego od niego chcesz, bądź co chcesz mu dać. Pytanie, jakiej jakości jest ten dialog, zależy od tego, jakie światła projektujesz na to, co masz mu do powiedzenia.

Ustawianie świateł rozpoczynasz od ukierunkowania kolejno wszystkich reflektorów, pojedynczo. Najłatwiej zacząć stawiając po środku sceny trywialne krzesło, a na nim prozaiczne prześcieradło, bo one są cierpliwe i nie zrzędzą, że brzuszek, że siku. Prostota w niczym nie przeszkadza, bo w teatrze wszystko może znaczyć wszystko. Przeczuwasz, w których miejscach sceny będzie się toczyć akcja, więc ustawiasz kierunki światła z frontów, punktaków i kontr. Ważna jest ich odległość, kąt wobec obiektu, czyli miejsce i jakość, dlatego jedne ustawiasz na wąski strumień, inne na szeroki, na jedne zakładasz kolorowe blendy i filtry, inne zostawiasz gołe. Latasz po drabinach, zwisasz jak małpa ze sztankietów, spadasz z nich, biegasz na widownię, by sprawdzić, jak na ustawienie reaguje obiekt. Często reflektor trzeba przewiesić, więc go wyłączasz, czekasz aż wystygnie, wypinasz z obwodu, przewieszasz i zabawa zaczyna się od nowa. Przepinasz obwody, by niektóre reflektory działały parami, kopie Cię prąd, wywala korki, przepalają się świetlówki, spadają z ramion przedłużacze, złodziejki i rozgałęziacze. Każdy błąd jest bezcenny, bo pojęty nie zdarzy się po raz drugi. Jesteś świetlnym cieciem, zegarmistrzem światła, pchasz i ciągniesz ciężar, materię i warsztat.

Spisujesz na kartce mapę, topografię, z numerami obwodów, pod które podpięte są reflektory. Wspinasz się do reżyserki,  siadasz przy nastawni, piszesz obraz. Piotr, który jest  Rembrandtem światła,  nauczył mnie, że oświetlenie sceny ustawia się od tyłu do przodu, od prawej do lewej. Wyłączasz światło robocze. Scenę zalewa mrok i pustka, błogość, w której  wszystko jest możliwe.  Kładziesz palec na suwaku i delikatnie oświetlasz tylny plan. Nie musimy widzieć i wiedzieć wszystkiego, wystarczy ciut, wystarczy ogół, odrobina kokieterii o tle, o historii. Kolejno, zapraszasz do gry reflektor po reflektorze. Tył akcentuje kontur.  Kontry wyciągają z obiektu rzeźbę, dramatyzm, dynamikę, konflikty. Fronty rysują oczywistości, porządki i spójności. Punktaki z góry nadają powagi, punktaki z dołu ją odbierają. Po lewej stronie sceny zazwyczaj dzieje się komedia, po prawej tragedia, nie wiem czemu tak jest, ale tak jest. Malujesz światłem akordy, fugi z kontrapunktem, przydzielasz kalorie treści, charakter, gatunek, nastrój.

Przeciągasz palcami po suwakach, a za Tobą stoi Twój adresat. Twój wymarzony widz. Patrzysz na obraz jego oczami, bo robisz to dla niego. Masz mu coś do powiedzenia, otwierasz dialog. Chcesz, by raz się śmiał, raz płakał, raz dumał, czegoś się dowiedział, coś zrozumiał, coś przeżył. Czasem trzeba przypierdolić, czasem odpuścić, sprowokować, uspokoić, poprzynudzać, poprzytulać. On lubi się bać, to zapowiadasz, „Teraz robimy w portki”. Jest estetą, więc nie robisz krzywdy niczemu, co pod światłem stanie. Jest inteligentny, dlatego niektórych detali nie opowiadasz wprost. Jest wrażliwy, więc pilnujesz, by nie utopić go w egzaltacjach. Koronkowa, precyzyjna robota, nizania oczek w większy wzór. Adresat trwa przy Tobie. Niektóre światła Ci się nie udają i wszystko na scenie wygląda jak jajecznica, bo wszystko na raz jest ważne. Ze strachu asekuracyjnie roztaczasz gotycką ciemność i nie widać nic. Robisz się okrutny, krytyczny, zabijasz obiekt punktakami. Akcentujesz skuchy i zapadki, spłaszczasz frontami albo komplikujesz kontrami, ale nie z nim te numery. Stoi za Tobą murem, reaguje szybko, dokładnie, dzięki czemu widzisz. Niektórych obrazów nie da się wypracować. Muszą się przyśnić. Kładziesz się z nim między rzędami foteli i śnicie.

Oczywiście, jesteś tylko człowiekiem.  Obrazy szlachetne przeplatają się z egocentrycznymi, które więcej zasłaniają, niż odkrywają. Uciekasz się do hochsztaplerskich sztuczek, efekciarskich prawdulek i sposobików, takich jak malowanie cieni kolorami, puszczanie łuny światła po podłodze, ustawienie heezera na maksa, by zadymił horyzont. Miotnie Tobą wściekłość tak mocno, że ustawisz trzy krowy skierowane na widownię i oślepisz go: „To się tyczy Ciebie, ZŁAMASIE”. Często się nie zgadzacie, bo nie zachwyciłby Cię ktoś, kto ma kręgosłup jak guma balonowa. Bez niego lądujesz na peryferia indywidualizmu. Robisz to mimo świadomości, że treść i kontekst kłamstw mówią o Tobie więcej, niż kryształowa szczerość. On zazwyczaj wraca, potrafi wybaczać, bo jest od Ciebie dojrzalszy. Z czasem dowiadujesz się, że błąd jest lepszy niż banał.  Błąd może być prawdziwy, odwrócisz go o 3stopnie i jest nową jakością.  Banał nigdy nie będzie prawdziwy,  bo jakkolwiek go nie obrócisz, zawsze będzie banałem.

Gdy obraz jest spójny z intencją, darem dla adresata, zapisujesz kompozycję i piszesz następny. Prowadzisz grę w niezapomnianego. Polega na tym, by napisać obraz, którego nie da się zapomnieć. Opowiadasz znaną wszystkim historię, ale w taki sposób, w jaki nikt jej jeszcze nie opowiedział, by dotarła do miejsc, dokąd nikt nie dotarł.

Mój adresat mówi,  że te obrazy  wygrywają grę w niezapomnianego, które napisane są niezależnie i mimo tego, co o nich sądzisz. W tym procesie krytycznie ważna jest umiejętność niemyślenia.

 

Ps. Notka inspirowana dwoma sezonami pracy jako elektroakustyk w teatrze Wierszalin. Notka może nie być zrozumiała. Za hermetyzm przepraszam, ale czasem tak trzeba.

Rola szycia

Duża koperta. W lewym górnym rogu punkt adresu zwrotnego. Scenariusz składający się z kilkuset kartek, na większości zima, ale jedna stroniczka zapisana gęsto. Biografia, rys psychologiczny, konflikt wewnętrzny, motywacje, intencje, zadania. Choćby skały srały, nie pocisnę tej roli. Jak mam zagrać i worek treningowy, i seks plombę, i alternatywną artystkę, i ufoludka, i prastare symbole, i makietę do cierpień, gdy mam stać na 103 rzęsie od lewej, rezonować łokciem, jedną ręką się dusząc, a drugą nawalać antagonistę w tyłek, śpiewając bluesa miłości, oddania i napie*dalania. Odpisuję najłagodniej jak potrafię.

„Dziękuję za scenariusz i propozycję współpracy. Podziwiam Pana poszukiwania artystyczne, ślę wyrazy uznania. Niestety, znając swoje warunki psychofizyczne, byłabym nieodpowiedzialna podejmując wyzwanie.  Niemniej jednak dziękuję za pamięć i proszę o mnie nie zapomnieć, gdy weźmie Pan na warsztat coś łatwiejszego.”

W odpowiedzi dostaję zaproszenie na casting. Myślę, że to miłe, choć mam stwierdzony absolutny brak predyspozycji aktorskich. Staję przed kamerą, już czuję, jak beznadziejnie stoję, bo stoję nie w roli. Tym gorzej stoję, bo choć reżyser Adonisem nie jest, to jednak niezłe ciacho. Drze na mnie ryja, poci się strasznie i miota, aż się załamuje, po cichu wyłącza kamerę, by nie marnować taśmy, ale staram się, tak? Pojawia się ktoś, komu zrobiło się mnie żal i daje wskazówki „Zagraj to tak, jakby Cię strasznie swędziało, wiesz, w czubie Cię swędzi” to mnie swędzi, najlepiej jak potrafi. Mam dość. Poddaję się. Życzliwy zabiera mnie na kolację, jest miło, łatwo i przyjemnie. Sekwencja od koperty, do zgaszenia czerwonej diody w kamerze powtarza się kilkakrotnie. W końcu pojęłam, że moją rolą jest sam akt niespełniania marzeń i wyobrażeń, a że masochistką nie jestem, nigdy później nie otworzyłam żadnej koperty ze scenariuszem, nie zważając na urok osobisty któregokolwiek z reżyserów.

Morał z tego taki, że choć z narcyzmem i inflacją ego nam do twarzy, to czyjaś obsesja na naszym punkcie, nie jest ani naszą winą, ani zasługą. A szkoda.

* Notka na podstawie historii dwóch aktorek.

 

Jedna historia, jedzenie i kamienie filozoficzne.

Pewnego dnia stałam sobie na przystanku i czekałam na autobus. Wiedziałam, że autobus, który zawiezie mnie tam, gdzie chcę się znaleźć nie odjeżdża z tego przystanku, na którym jestem.  Na tamten moment myślałam za Rilkem, że moją rzeczą jest wędrować i czekać. Może i było wtedy, ale spadł deszcz.  Rzuciłam wszystko i pobiegłam do mojej Wiedźmatki.  Wiedźmatka, mikrobiolog ze stwardnieniem rozsianym, przechylała główkę na lewo, gdy zalewałam ją olśnieniem, które brzmiało mniej więcej tak : „AA bo to wszystko, bo to zawsze, bo to nigdy, bo nie ma, bo jest, bo bla bla, bo ble ble.” Potakiwała, gdy stawiałam akcent, rozpływała się w uśmiechu, kończyła za mnie zdania i myśli, tak jak to robi zawsze. Kiedy zabrakło mi tchu, powiedziała najmądrzejsze słowa, jakie istnieją na świecie, które zapadają głęboko w duszę i czynią cuda, słowa jak rzeka płynąca przez stajnię Augiasza, wymywająca wszelkie brudy, wraki i paprochy, wszystkie gdybania, możania, powinności, słowa silniejsze niż amen, słowa silniejsze niż kocham. Dora wtedy powiedziała:  „A może byś coś zjadła?”. Wtedy odkryłam, że istnieją historie.

Najlepszym miejscem, do oswojenia historii jest ta dziedzina świata, w której historie opowiada się najdłużej. Są różne spekulacje skąd się wziął teatr. Jedna mówi, że z rytuału, druga, że z festynu. Nie wierzę w podział na sakrum i profanum, więc wydaje mi się, że zaczęło się to wtedy, gdy pojawił się ktoś, kto chciał coś powiedzieć i drugi, który chciał słuchać. Teatr w formie, w jakiej go znamy, ma ok. 7 000 lat, ma się dobrze i wszystko wskazuje na to, że będzie się miał dobrze tak długo, jak pośród rodzaju ludzkiego będzie więcej egzemplarzy, niż jeden.

Przygoda z historiami zaczęła się boleśnie, tak jak bolesne jest czytanie dla ciężkiego przypadku dyslektyka, dysgrafika, dysortografika i słuchowca. Siedem lat brnęłam przez literaturę dramatyczną. Nie mniej niż 50 stron dziennie, 5 razy w tygodniu. Jak leci, od antyku po bierzączkę. Po drodze okazało się, że dysleksja, dysgrafia są całkowicie uleczalne, ale niestety, znów stałam nie na tym przystanku, co trzeba i spadł deszcz. Dowiedziałam się, że od zarania dziejów historii dramatycznych istnieje tylko jedna historia. Jedna, na piardylion zajebilionów sposobów opowiedziana, nie jedna z wariantami, nie jedna w trzech osobach, nie jedna, a druga gratis, nie. Jedna, sztuk jeden, adin, eins, uno.  Wszystko na marne. Wszystko po nic, strata czasu, papieru, prądu, łez, potu, jedzenia i kawy. Chciałam, by dysleksja wróciła, ale nie. Już wiem jak przecinki, wiem jak wieża, a jak wierzę. Wiem, że historia jest jedna. Oto ona.

Jest środowisko, w którym żyje bohater.

Coś w środowisku sprawia, że bohater cierpi.

Bohater zdaje sobie sprawę, że chce ukoić cierpienie.

Udaje się w podróż, by zdobyć to coś, bądź zrobić to coś, co ukoi cierpienie.

W trakcie podróży bohater napotyka przeszkody.

Przeszkody ujawniają, jakim środowisko jest naprawdę albo jakim naprawdę jest bohater.

Bohater zmienia cel, bądź nie.

Pokonuje przeszkody i osiąga cel, bądź nie.

Bohater dowiaduje się czegoś o sobie (Arystoteles – komedia) albo nie, ale dowiaduje się czegoś widz (Arystoteles – tragedia).

 

Próbowałam ten schemat złamać. Szekspir pisał tak, że ten model sprawdza się dla każdej jednej postaci. „Dirty Dancing” ma taką samą konstrukcję jak „Kupiec wenecki”. Nawet filmy Lyncha, Triera, nawet Southpark, wszystko pasuje. Liczyłam na Becketta, ale też. Mann, Hesse? Też nie. Sarah Kane, Kushner, Pinter, Stoppard, nie. Dobra, gruby kaliber. Koltes! Nie. Wyrypajew? Nie. Matko boska, to chociaż liryki paniczne! Liryki paniczne tak, ale one nie opowiadają historii, a stan. Co za masakra, czyli to kamień filozoficzny?

 

Mam kamień filozoficzny. I co z nim zrobię? Opcji jest kilka.

Albo 1. Może bym go zjadła? Ale to temat na inną notkę.

Albo 2. Gdy będę szła spać, sięgnę po pudełko po ciastkach, których nie powinnam była zjeść, a w środku trzymam całe krocie kamieni filozoficznych, których nie powinnam była odkrywać. Wrzucę go tam i jak poznam kogoś, komu źle życzę, wszystkie te schematy mu dam. Ale to temat na inną notkę.

Albo 3. Zakończę tą notkę przecząc samej sobie, bo daje mi to dużo radości. Nie wierzę, że coś innego niż bohater może sprawić, by cierpiał. Nie wierzę w schematy, bo są uproszczeniem, które powstają ze strachu przed dwiema tajemnicami: Tajemnicą, co przyniesie los i tajemnicą, jaką jest drugi człowiek.  Ale to temat na inną notkę.

Albo 4.