Lifestyle

O jedzeniu

„Lekarze często mówią pacjentom, że wszystkie potrzebne im witaminy znajdują się w ich diecie. Takie stanowisko zawiera kilka założeń. Zakłada, że pacjent jest świadomy żywieniowo, co sprawia, że wybiera mądrze i komponuje zbalansowaną w wartości odżywcze dietę. Zakłada, że pacjent wybiera pełnowartościowe produkty odżywcze. Zakłada, że produkty, które są dostępne w sprzedaży są pełnowartościowe. Zakłada, że pacjent potrafi je przygotować w sposób zachowujący ich wartości odżywcze. Zakłada, że pacjent ma zdolność przyswajania tych witamin.
Życie wygląda zupełnie inaczej. Rzadko kto je jedzenie przygotowane w domu ze świeżych produktów. Niewielu ludzi zna zawartość witamin i minerałów w jedzeniu, a naprawdę tylko ortodoksi żywieniowi liczą te rzeczy. Warzywa i owoce mają coraz mniej wartości odżywczych, ze względu na erozję gleb i ilość chemii, przechowywanie, transport itp.

Gdyby ludzie jedli świeże, ekologiczne, lokalne, niemodyfikowane genetycznie produkty spożywcze, rosnące dziko albo hodowane w dziewiczych warunkach, bogatych w minerały i składniki spożywcze glebach, gdyby te produkty nie były transportowane z drugiego końca świata i przed wyłożeniem na półki nie były przechowywane przez kilka miesięcy w magazynach, gdyby ludzie pracowali na dworze i spędzali tam dużo czasu, oddychali świeżym powietrzem, pili tylko czystą wodę, spali po dziewięć godzin na dobę, codziennie uprawiali sporty i nie byli by wystawieni na czynniki powodujące chroniczny stres, oraz toksyny w środowisku.

Wtedy nie potrzebowalibyśmy witamin. Coraz częściej mamy alergie pokarmowe, też te ukryte, które potrafią sprawić, że nie absorbujemy wartości odżywczych jak należy. Każdy z nas ma inne zapotrzebowanie, na przykład podczas miesiączki tracisz dużo żelaza, chorzy na cukrzycę potrzebują więcej wapnia i potasu, trenujący sportowcy pijący wodę butelkowaną potrzebują więcej magnezu i potasu, ciąża i karmienie piersią potrzebują witaminy B i kwasu foliowego. Zażywanie leków przeciwhistaminowych powoduje odwodnienie, przez co trzeba uzupełniać i wodę i minerały. Niektóre antybiotyki przeszkadzają w absorbcji witamin. Stres wzmaga potrzebę antyoksydantów…
Żyjemy w czasach postapokaliptycznych, a apokalipsą było pierwsze podejście do masowego rozwiązania problemu otyłości, jakim była moda na diety odchudzające, pop dietetykę i podejście a’la dieta cud. 20 lat późnej mamy setki diet odchudzających, a tempo tycia na planecie rośnie w zastraszającym tempie. To wszystko prowadzi do katastrofalnych skutków, za które płacimy naszymi…. Orgazmami.

 

O końcu świata

Fantazjuję o końcu świata. Co będzie, jak polecą bomby nad oceanem, znikną sojusze, zapanuje chaos. Nie będzie prądu. Nie będzie internetu. Usprawnień komunikacji, która ją upośledza. Systemów, podatkowych, edukacyjnych, penitencjarnych, opieki zdrowotnej, struktur zaprojektowanych tak, by nie działać.  Zdobyczy cywilizacji, na które nie jesteśmy gotowi, wolności, której nie chcemy, ani nieskończonych możliwości, które sprawiają, że każdy dzień jest nie dość, każdy czas stracony.

Pasjami wchłaniam serię Margaret Atwood. Rok potopu, Oryx i Derkacz i Maddaddam. Zwiedzam okolicę z Wiedźmatką, uczę się, który chwast na zgagę, co na oparzenie, a co na wywołanie wymiotów, co można zjeść, a czego nie. Gdzie w okolicy rosną dziko owoce. Wiem jak żyć bez mięsa, jak przeżyć na surowych warzywach, jak leczyć grypę przyprawami. Jak byłam mała, chodziłam po domu z zamkniętymi oczami, na wypadek jakbym straciła wzrok. Jadłam jedną ręką, malowałam stopami, opanowałam świadomy sen, bo bałam się, że jak umrę, to niemoc koszmaru stanie się rzeczywistością. Dzisiaj tylko przygotowuję się na koniec świata.

Pewien afrykański szaman odwiedził zakład dla psychicznie i nerwowo chorych w USA. Nie był w stanie zrozumieć, dlaczego schizofrenię, depresję, czy inny stan ugoru ducha traktuje się jak chorobę. Dla niego było oczywiste, że symptomy choroby psychicznej to konwulsje i ból narodzin uzdrowiciela, zbawcy i szamana. Walka z demonem, którą każdy musi stoczyć sam. Nie zwalczam depresji. Uczę się od niej.

O zaufaniu

Myślałam, że zaufanie polega na tym, że się je buduje. To taka konstrukcja, powstała przy ostrożnych próbach wystawiania się na potencjalne zranienie. Błogi odpoczynek od obserwacji, kalkulacji,mierzenia i warzenia możliwych zdrad, przygotowania w postaci planów ucieczki.  Budowla, która ma dać mi luksus, wyciągnięcia się na wygodnym meblu i nie myślenia, o przeszłych krzywdach, które zapowiadają przyszłe.Wolna od opancerzania się grubą skórą i popadania w mieniące się barwami kłamstwa o sile, harcie ducha i społecznej, emocjonalnej samowystarczalności. Kokon nie potrzebowania nikogo. Dzisiaj w Gnieźnie wiem, że zaufanie polega na odpuszczaniu przeszłości, bo ona jest martwa. Ufać, to być tu i teraz.

Setki razy słyszałam o tym, jak to w naszym kraju nie ma scenariuszy. Nie ma zdolnych scenarzystów, przez co film to nieudolne próby replikowania kina amerykańskiego. Nic dziwnego, jak słyszysz wskazówki, „Napisz polską Pretty Woman”, „Polskie Pulp Ficition” „Bo ja chcę takich polskich Urodzonych Morderców.” Wymyśliłam z Niezniszczalnym potencjalny śmiećquel. Jedna znajoma wróżka, dość niepytana, wyjechała mi, że nam się wszystko rozleci i będzie rozpacz. Niezniszczalny się wpienił i wymyślił fabułę: Koleś, rzucony przez laskę, bo wróżka jej coś nagadała, wyrusza i morduje wszystkie tarocistki. Problem ze scenariuszami polega na braku tradycji pracy zespołowej. Papier wiele zniesie, ale to co powinien nieść, to przestrzeń dla talentu reżysera, operatora, aktora, montażysty, kompozytora… Tego nie da się wymyślić, wyśnić, wydumać, wyczytać w książkach. Trzeba się z tymi talentami zetrzeć. Słuchać. Dawać im przestrzeń. Nie być zaborczym. Nie poddawać się auto inflacji swoich idei. To polega na dawaniu maksa, ale zostawianiu pustych miejsc w zaufaniu, że ludzie dalej, będą chcieli dawać. Kiedy robisz w Wordzie kroczki tanga, dwa w przód, trzy w tył, to Cię porwą w polkę skakaną. A jak się potkniesz, to Cię złapią.  Będą dmuchali na te iskierki i zapłoną powiaty, jeśli poczują, że dla ich talentu jest przestrzeń.

By to się mogło zdarzyć, musi być pokoreńka na każdym rogu. Jest taka tendencja, telewizyjne kryterium prawdy: że rację ma ten, kto więcej krytykuje. Redaktor, który przekłada kartki z lewej na prawą, jest tam dlatego, by robić poprawki. Jeśli niczego nie poprawi, znaczy, że nie jest potrzebny. Stąd znane są akcje, że w 4 sezonie serialu w scenariuszu poznaje się bohaterów, którzy są małżeństwem od 2 sezonów. A największą tajemnicą tworzenia jaką poznałam do dziś, jest, że to polega na odpuszczeniu krytykanctwa siebie i innych i zainwestowanie w zaufanie.

cindefuckingrella

 

Ludzie, którzy się znają na rzeczy i robią w branży tyle, ile żyję, uznali bezspornie, że mam talent. Są krzaki i babole, ale talent jest. Podejrzewałam, że jest. Tyle razy kradli mi teksty. Tyle bezinteresownej agresji. Tyle gówna.  Myślałam, że jak ktoś mi powie, że go mam, to coś się zmieni. W końcu chodzi o to, by robić coś dobrze.  By ktoś docenił ciebie i to co robisz. By to miało znaczenie.  By stanowić o znaczeniu własnego istnienia, usprawiedliwić fakt narodzin, poboru tlenu, prądu, emisji dwutlenku węgla, na wypadek, jakby nie było żadnego sensu istnienia i boskiego planu. Wytłumaczyć tę szamotaninę, bezsens, chaos, samotność, czymś większym od siebie, istotniejszym od własnych małostkowych pragnień i ambicji. Czymś co jest substancją stworzenia, ale jest pod dziełem. Przerasta i twórcę i dzieło. Używa wykonawcę,  warsztatu, narzędzia. Używa do celów wyższych.  Powiedziano mi, że go mam, że go czuć, że jest. Talent jest. Jednak nic się nie zmieniło. Nic nie przychodzi mi łatwiej, szybciej, nie mam super mocy i dalej muszę płacić ZUS… Praca do wykonania jest dalej pracą do wykonania. Zdjęcia ruszają w tym tygodniu.  Zakładam szklane buciki, sukienkę, w garść maczetę i  na bal.

czarny tłusty czwartek

 

Obudziłam się w zamku. Niezniszczalny porwał mnie Wiedzmatce i zabrał na noc do Tykocina. Taka przygoda. Jeszcze niedawno my byliśmy przygodą. Niewyspani, ruszyliśmy polami, dumając, czy chcemy dom kupić czy budować, czy w tym kraju, czy w innym. Nasze splecione dłonie na skrzyni biegów będą kosztowały wszystkich. Nie ma wyjścia i odwrotu, jest tylko minimalizacja szkód. Zdążyłam na autobus do Warszawy, on do pracy. Przysnęłam. Ktoś, że już na miejscu, szybko, że już, że natychmiast, bo … i zgubiłam telefon. Zalogowałam się od nieznajomego na fejsa, poprosiłam o pomoc. Pojechałam na Targówek. W księgarni wysyłkowej, sprzedawczyni skądś mnie zna, z wzajemnością. Nie znamy się, ale Irena uczyła się dwie dekadę temu u Wiedzmatki. Pogadałyśmy o tandecie, o plagiatach oświeconych i nowinki… Plotki przerwałam, choć lubię zbiegi okoliczności. Kilka przesiadek, autobusami do Międzylesia. Centrum zdrowia dziecka. Immunologia, izolatka nr5. Kamilowi zalęgł się w płucach grzyb. Trzeba go wyleczyć, co kosztuje 50 tys, później konieczny będzie przeszczep szpiku. Statystyki są słabe. Kamil wie, że choć pochodzi z zamożnej rodziny, to pomoc prędzej znajdzie u obcych. Pośmialiśmy się, że nasza rodzina to patologia wyższych sfer i wyższe sfery patologii. Wszystko przez gen nosa wrastającego głęboko we własną dupę, dzięki temu poczucie bezpieczeństwa nie będzie jego hamulcem na przyszłość. Mam nadzieję, że Kamil będzie miał przyszłość. Jesteśmy do siebie tak podobni. Dałam wykład o wpływie pozytywnego nastawienia na zdrowie. Mówiłam dużo i głośno, a Kamil z zielonego stawał się jasno żółty, biały i biało różowy. Telefon ktoś znalazł. Odebrałam go i ruszyłam kolejką do domu. Niezniszczalny wyczuł wypieranie. Jest kimś takim, przy kim potrafię i mogę pęknąć.

Jak działa Geniusz

 

Kapitał narodowy, dobro użyteczności społecznej, kamień milowy i filozoficzny. Tym jest Geniusz, ona i on. Jesteśmy odpowiedzialni za kondycję Geniuszy, jak za to, by piaskownice nie były pełne psich gówien, by nasze psy nie gryzły ludzi, a ludzie psów.

Geniusz to stan lub osoba. Stan może się przydarzyć każdemu, kto choć na chwilę wyjmie nos z własnego zadka. Osoba, to człowiek, którego predyspozycje konstytuuje jakaś rażąca dysproporcja. Rozwinięty intelekt kosztem niedorozwoju emocjonalnego albo rozpasana emocjonalność kosztem niedorozwoju intelektualnego, ten wzorzec jest szeroko znany. Są inne, jak np. daleko posunięta „świadomość duchowa” rozwinięta kosztem oderwania od rzeczywistości i pozbawienia najmniejszego cienia praktycyzmu. Czasem jeden ze zmysłów jest patologicznie rozwinięty albo recepcja rzeczywistości jest jednowymiarowa, jak strumień czystej, niczym nie zmąconej empatii wobec psów. Są trudniejsze przypadki uderzające w bilokację, trilokację geniuszu, dość skomplikowane formy autyzmu. Warto wiedzieć, jak działa jamniczek, ale jak działa Geniusz, wiedzieć trzeba.

Mówi się, że Geniusz to przekleństwo, a to dlatego, że nie jest sztuką użyć geniuszu jak rewolwera wycelowanego we własną skroń. 8 na 10 Geniuszy tak robi. Mając unikatowe maszyny mózgowe, które mogą wypluć im, co tylko dusza zapragnie, mogą wytłumaczyć świat na każdy sposób, mogą znaleźć dowolnie  argumenty potwierdzające dowolnie postawioną tezę. Zazwyczaj idą na łatwiznę i oblekają w konstrukt ideowy beznadzieję. Geniusze emocjonalne, choć potrafią empatycznie przejąć każdy stan, otoczenie odbierają w subtelnościach pół, ćwierć tonach, potrafią przedstawić, pokazać, przekazać, zarazić każdym stanem, najchętniej pogrążają się w mrokach i histeriach, pielęgnują neurozy, schizy i kołtuny.

Dlaczego tak się dzieje? Bo Geniusz dostaje mocniej po dupie niż inni.
Nie rodzi się ze znamieniem na czole, przez co matka nie jest przygotowana na to, że z każdym dniem  przepaść między nią a dzieckiem będzie się pogłębiała. Jego rodzina jest bezsilna, bo w jakiejś sferze nie ma dziecku nic do zaoferowania, nie ma kontroli i porozumienia, co rodzi poczucie obcości i marginalizację. Niemoc współistnienia spotyka Geniusza na każdym kroku. Szkoła nie ma mu nic do zaproponowania, bo i nauczyciele i rówieśnicy czują się wobec małego Geniusza zagrożeni, a strach rodzi agresję. Długotrwała ekspozycja na agresję, nawet pasywną, sprawia, że Geniusz uczy się, że jego miejsce jest  z boku, gdzie jest bezpiecznie. Że przynależność jest niemożliwa, a drugi człowiek jest zagrożeniem. Czuje się gorszy, więc potrzebuje udowadniać, że jest lepszy, co sytuację jeszcze bardziej zaognia, ale przynajmniej rozwija najsilniejsze mięśnie geniuszu. Eskapizm w ideę, wyobraźnię, abstrakcję, daje geniuszowi Geniusza szlify. Geniusz z trudem nawiązuje więzi, robi to albo kompulsywnie albo wcale. Nie nabiera zdolności społecznych, nie umie budować więzi, ufać, kochać. Powtarza gesty jak małpa, recytuje adekwatne do sytuacji słowa, z czasem nabiera mechanicznej ogłady, ale nie jest to naturalne. Ludzie odbierają to jako fałsz i Geniusz jest odbierany jako człowiek zakłamany, człowiek znikąd. Geniusze chcąc jednak być częścią czegoś, studiują techniki manipulacji, socjotechniki, perswazji, ale te kradzione okruchy bliskości, przy jednoczesnej indolencji by się nią cieszyć, dzielić, by się jej nie bać, są bronią obosieczną. Geniusz, gdy się spełnia, bo znajdzie swoją dziedzinę i jest w niej wybitny, staje się okrąglejszy, mniej kostropaty, zaczyna być znośny. Czasem nadrobi kilka lat rozwoju i tak intelektualiści, emocjonalne zera, choć zatrzymali się w rozwoju w wieku lat 10, nagle przejawiają cechy 13 latka. Artystyczne dusze nagle opanują jakiś język albo zapamiętają raz na zawsze z której strony jest lewo.

Jedni, przez trudne dzieciństwo chcieli dorosnąć za szybko, inni nie chcieli dorosnąć wcale, czego efektem są używki. Palenie papierosów zaciemnia i zamula reakcje, hamuje libido, dlatego Geniusze zazwyczaj palą. Alkohol przytłumia emocje, pozwala nie myśleć i daje poczucie ulgi, spokoju, dlatego tylu wśród Geniuszy alkoholików. Narkotyki trują dając złudzenie oświecenia, dystansu i błogości, dlatego tylu wśród Geniuszy narkomanów. Używki są wodą na młyn narcystycznej chęci ostentacyjnego samookaleczenia, wypisania się z karuzeli życia, pokazania Bogu dupy winnej z wystawionym środkowym palcem. Jak dziecko, które nie weźmie udziału próbach teatrzyku, a na przedstawieniu siedzi obrażone w kącie albo dorosły, który czyni teatr z bycia martwym za życia, że aż by się chciało, by dopełnił formalności i wreszcie sczezł.

To cena za Geniusz, którą można, ale nie trzeba płacić. Ilość beznadziei w życiu Geniusza wykalkulowana jest na poziomie „co łaska”, bo Geniusz, jak każdy inny, ma  w sobie wszystko, by się ogarnąć. Świadomość, że nie jest ani lepszy, ani gorszy, po prostu inny, choć wydaje się banalna, jest niezwykle dla Geniusza trudna do pojęcia. Zdarza się, że pogodzi się z samym sobą jako dorosły, ale zbyt często tak nie jest. Ci, którzy się ogarnęli mają jedno wspólne doświadcenie życiowe. Był moment, gdy pojawił się ktoś, kto się ich nie bał. Ten ktoś, miał w pompie ich fortyfikacje i nie dał się wciągnąć w ich dół. Ten ktoś, miał tyle jaj, że przyznał Geniuszowi wybitność bez cienia zawiści, zazdrości i nabił mu do głowy jego miejsce na ziemi i wspierał rozwój. Czasem był to mądry mistrz, czasem jedno z rodziców będące Geniuszem,  czasem Geniusza spotyka piękna miłość, czasem inny bełkotliwy Geniusz, który zapędził się w taką pustkę, że sam w sobie jest przestrogą. Czasem tym spotkaniem było głębokie, gruntowne nawrócenie.

Geniusz jest trochę jak zaszczuty pies.  Dbajmy o Geniuszy. Zaopiekuj się Geniuszem, przytul tego jeża do swojego serca . Wybacz mu, że jest dzikusem. Wybacz mu, że pewne rzeczy, które dla Ciebie są nieosiągalne, jemu przychodzą z dziecinną łatwością. Tobie z dziecinną łatwością przychodzą rzeczy, które dla niego są niemożliwe. Wybacz mu, że zadziera nosa, bywa wyniosły i robi się lękliwy, gdy się do niego zbliżasz. Wybacz mu, że dziabie Cię w rękę.  Wiesz już, że on płaci za to swoją cenę. I wybacz mi, że czasem nie odbieram telefonów. Pracuję nad tym.

O nurkowaniu i nożu

Nie zliczę ile razy oglądałam „Into the blue”. Za każdym razem z pełnym niezrozumieniem. Najpierw nie rozumiałam motywacji głównego bohatera, jego braku motywacji, relacji z innymi postaciami, a do teraz nie rozumiałam zakończenia. Czegokolwiek się nie uczę, przydaje się czegoś innego. Reżyseria do biznesu, taniec do pisania, a joga i dzieła oświeconych… do nurkowania.

Pierwsze zejście to lekcja czym jest i ile znaczy równowaga i pokora. Wprawianie w nawyk mechanicznych czynności przy jednoczesnym niemyśleniu stanowi o przetrwaniu. Chwila rozproszenia, pozwolenia sobie na luksus lęku, braku zaufania do sprzętu, kompana, dive mastera, absolutu, rozpoczyna huragan samonapędzającej się szamotaniny, z której wyjść pozwala jedynie spokój. Mój los zależy od nich. Ja zależę od nich. Niewygodnie mi z tym. Ahmed trzyma mnie za rękę, czule, troskliwie, empatycznie, jakby trzymał moje myśli. W uszach jedynie furkot wydychanych bąbli. Przepiękne kolory, kształty, faktury rafy i ryb. Stan nieważkości i powolne, miękkie ruchy. Kasia porusza się nonszalancko i cyka fotki. Przepływa wspomnienie kogoś, z kim się dźgaliśmy nożami słów. Kaskada obaw, przyspiesza oddech, powietrza za mało, kamizelka za luźno, woda w masce, zależę, zemdleję, umrę. Ahmed natychmiast reaguje. Chwyta moją maskę, szuka kontaktu wzrokowego. Uśmiecha się, wygłupia. Jest dobrze. Spływamy na 11 metrów. Na dnie wielki nóż, ma jakieś 2,5 metra długości. Projekcje, skąd się tam wziął, poczucie absurdu, nerwowy śmiech, nie umiem się śmiać z butlą, znów echa słów, noży i ran, żalu do siebie, niezamkniętych spraw, panika. Trzy gesty Ahmeda. Spokój.

Cisza. Najpiękniejsza jaką słyszałam. Zestrajam się z otoczeniem, sytuacją, przyglądam się rybom, a one łypią na mnie. Ulga. Śniła mi się. Wiele razy. „Zostawię Cię tutaj, pod nożem. Tak będzie lepiej.” Wypływam, metr po metrze, powierzchnia, zdejmuję maskę, butlę, płetwy, piankę. Mama czeka na łodzi, cała dumna. Jakby drugi raz urodziło mnie morze. Nóż wystarczy zostawić raz.

Nie spóźnić się o pół kroku.

Poszłam na zajęcia MMA. Pierwsze zajęcia grupowe w mojej 3 miesięcznej karierze. Tremy mnie to kosztowało… Co innego, domeczek, komputerek, tutorialki, jeden, drugi, trzeci kolega, co łypie troskliwie, jak się nie udaje, to się śmiejemy z urokliwej niezdarności. Grupa obcych ludzi, adrenalina przed kompromitacją. Niedaleko znalazłam klub,  za 120zł mogę chodzić do 4 sekcji MMA, Viet Boxu i Boxu. Marzenie. Jako prawdziwa kobieta nie wiem czego chcę, więc na wszelki wypadek chcę wszystko.

Zbiera się grupa. Kolesi jest 27 i ja. Rozgrzewka, jestem najsłabsza, rozciąganie, idę na tył, by się nie wypinać w twarz. Atmosfera robi się gęsta. Skupiam się na technice. Mam precyzję, koordynację, słabo z siłą i prędkością. Brniemy. Podejścia do wyskoków. Rozproszyłam się. Wylądowałam niedobrze. Pisnęłam cichutko. Kucam. Odwracają się głowy, cicho jak sowie, dobitnie jak wilcze.  Migają czarne kropki. Oczy niedobre. Posępne, chytre. Zignorowałabym to, gdyby nie jeden koleś, co obejrzał się po tych, co się obrócili. Wzruszył ramionami nerwowo i zaprzeczył głową, na znak, że się nie miesza. Zajęcia się skończyły. Sytuacja nie przeszła mi przez mechanizm racjonalizacji, aż w nocy skończyły mi się papierosy. Idę do nocnego. Staję pod klatką. Nogi wrastają mi w ziemię. Mam dekolt. Od 14 roku życia łajdaczę się nocami po ulicach miast, jak po swoim salonie z bezinteresownym poczuciem bezpieczeństwa. Nie przeszkadzała mi nawet afera, kiedy jednemu kolesiowi obcięli rękę w Żyrardowie. Teraz przeszkadza mi dekolt.

Pożaliłam się Niezniszczalnemu. Mówi, jak zacznie się tarzanie w parterze, skoczy ciśnienie, to nikt nikomu nic nie powie. Tak bywa, gdy nie ma tradycji, a motywuje ulica. Bagno behaworalne. Zabronił mi tam wracać. Spotykam Szymona Maga. Mówię mu o sytuacji, obawach, on jest stąd. Chcę usłyszeć, że wymyślam i shizuję. Zabronił mi tam wracać. Przejął się. Poprosił, bym wieczorem przeszła się na Limana, by mnie widziano z jego stadem.  Opowiedzieli mi nasze miasto, dokładnie rejony, w których były napady, gwałty i pobicia. Szymon zakłada własną sekcję MMA w Żyrardowie. Proszę go, by założył sekcję przyjazną dla lasek. Będzie. Resztę grupy zorganizuję. Skorzystał z atmosfery i przytulił się pod pozorem przytulenia mnie. Dopiero teraz, z bliska, dojrzałam kropki na lewym oku i czole. Zauważył, że zauważyłam. 6 lat, napad z bronią w ręku, pobicie i kradzież. Dlaczego tego nie zauważyłam? Dlaczego nie chciałam tego zauważyć?

Idziemy obok przejścia dla pieszych na 1 Maja, ruch duży, gęsty. Maleńki 4 letni blondasek biegnie sam na pasy. Serce stanęło. Zza krzaków go nie widać. Skowyt, ujadanie, przeraźliwe, przeszywające ciało. Matka zdążyła w ostatniej sekundzie. Złapała malca za ramię i uniosła go wysoko. Lała go bezlitośnie, wyła. Gdyby spóźniła się o pół kroku… Kierowca passata nie miał jak go zauważyć. Nie wiem komu powiedzieć, by wycieli te pierdolone krzaki.

Nauka sztuk walki zyskała ciężar gatunkowy. Mantruję co powiedział kiedyś Filip. „Jest wokół Ciebie wielka biała bańka opatrzności i widać ją z daleka, jest tak gęsta, że palca nie włożysz.”.

Nie spóźnić się o pół kroku. Rozchorowałam się.

 

Wzębowstąpienie

Jedni lubią oczy, inni stopy, włosy, cycki, tyłki, dłonie. Ja lubię zęby. Inne zęby, trudne zęby, zęby niebanalne, zęby ukrywane, zęby szczerzone, zęby zaciskane, pozjadane, zęby naprawiane, zęby dziwne. Zęby i kontekst zębów w ciele. Zęby jako pointa dzieła stworzenia, zęby jako ostatnie zdanie eseju, wyjaśniające każde słowo, które niezrozumiale padło wcześniej. Lubię zęby. Kocham zęby. Ludzie poznają swoje twarze, sylwetki, ubrania, czytają z dat urodzenia, ze słów, obietnic, z cv, z metryk, ja czytam zęby. Rozumiem zęby, poznaję zęby, zęby darzę uczuciami. Zęby które się mnie bały, zęby które były moje, zęby za którymi tęsknię, zęby, których wolę już nie spotkać. Tyle znaczą zęby, ile osób znam, co mają zęby. Każde coś innego. Nie spotkałam dwóch takich samych zębów. Jedne zęby się zmieniają, inne nie. Zapomnę imię, zapomnę słowa, zapomnę okoliczności, nie zapominam zębów. Zęby wbijają mi się w pamięć. W głowie mam bazę danych tysięcy zębów.

Kamila jest cała mała, ale zęby ma wielkie, nie pomieściły się drobnej szczęce. Jak łopaty wbite w nieładzie w ziemię przed fajrantem, niedbale niby, ale bardzo piękne. Ma taki dziecięcy grymas, że marszczy całą twarz i podciąga wargi najdalej na ciemne dziąsła, widać wtedy cały arsenał. Przytępiona miłością chowa górne zęby, ale czasem drga jej dolna warga pokazując dolne. Uwielbiam patrzeć na kanapki z serem, które ugryzła. To moje ulubione zęby.

Filip ma wielkie, długie, spiczaste trójki na górze, a wokół proste regularne niemal idealne zęby. Uśmiecha się łagodnie, zawsze niespodziewanie, wydaje przy tym krótki, cichy, wysoki, ziewnięty dźwięk. „hyh”. Raz zawiesił się, gdy gapiłam się na jego zęby. Bardzo powoli wargi zsunęły się na zęby, jak kokietki wolno mrużą uwodzicielsko oczy. Ma twarz tak żywą, że nie nadążam za feerią zębów.

Piotr jest cały duży, ale zęby ma mniejsze. Prawa dwójka wchodzi pod jedynkę. Górna szczęka jest spiczasta, wystająca, przy jego niskim, burczącym i dudniącym głosie wygląda to groźnie. Gdy szczerzy kły i mruczy, jego oczy się śmieją, a na szyi pogłębia się dołek spod grdyki do obojczyka. Gdy jest spokojny, jego pełne usta układają się w dzióbek, jednak nie zapominam, że te zęby tam dalej są.

Paulina, drobniuteńka, ma zęby duże, od 3 do 3 ustawione w prostym rzędzie, dalej zakręt i reszta. Na tych zębach potrafi pokazać setki grymasów, ale zawsze rytm i temat nadają wielkie sarnie oczy. Jej kły są tak łagodne jak ona cała. Martwię się o jej zęby, bo kiedyś uśmiechały się, gdy mówiła coś bardzo bolesnego. Jej uśmiech nigdy nie jest uśmiechem wprost, a za zębami zawsze coś jeszcze.

Konrad ma jedynki ustawione jak narty w pług, a za nimi reszta w rzędzie. Lewa jedynka zachodzi na prawą. Wszystkie duże, każdy inny, każdy ukształtowany długą, trudną historią. Nigdy nie rozumiałam, czemu mając takie zajebiste zęby, gdy się szczerze śmieje, natychmiast naciąga na nie usta albo chyli, odwraca głowę. Udało mi się kiedyś sprawiać, na mikrosekundy, by zapomniał o tym nawyku. To bardzo ważne zęby.

Joasia i Marek mają takie same zęby i spośród wielu wyrazów, jeden wspólny uśmiech. Wygląda, jakby boczne łuki ust mieli podczepione pod rusztowanie na szczycie czoła, a sznur był pociągnięty za zmarszczkę na nosie. Najpierw w dół idą nos, czoło, a potem w górę idą kurtyny ust i ostra rzeźba brwi, pokazując kwadratowe, ostre jedynki, kanciaste na krawędziach dwójki, trójki, a uśmiechają się tak szeroko, że widać im nawet siódemki. Ten uśmiech mają, gdy mają napad geniuszu. Coś mam z tego uśmiechu po Marku, ale najdokładniej odziedziczyłam kaczy dzióbek gdy się zamyślę. Kiedyś nasze zęby się dogadają i trzy kurtyny pójdą w górę.

 

Człowiek to jedyne zwierzę, które pokazując zęby nie sygnalizuje wrogości. Pomijając cyników, bo ci są permanentnie przerażeni. Ciekawa jestem, jakie ja mam zęby.

Wakacje prozą

Nie chce mi się w tym roku wyjeżdżać na wakacje. Nie jestem niczym zmęczona, nie potrzebuję się resetować, ani zmieniać stanu skupienia. Dlatego wielka ceglana macica, którą jest mój dom i Żyrardów stał się miejscowością turystyczną, której atrakcją jest spokój. Przyjeżdżają, ćpają tutejszą ciszę, zmieniają się i wyjeżdżają.

Przyjechała na tydzień Wiedźmatka z Rebelką, teraz już dziewięcioletnią młodą wojowniczką. To był pierwszy wyjazd Oli z domu na dłużej niż kilka godzin. Przyjechały rozbabrane, wyjechały z zamkniętymi rozdziałami. Ola przekuła uszy. Jej histeria przed pistoletem sprawiła, że jesteśmy spokojne o to, jakie bomby spuści na świat. Dora miała bliskie spotkanie z wampirem, przez co raz na zawsze zamknęła rozdział zgody na wszystko.

W tym samym czasie, niespodziewanie, zjawił się na kilka dni Ronin, rycerz nocy. Trzeba było działać kreatywnie, by wszyscy byli ugoszczeni i czuli się bezpiecznie. Dnie z Oświeconą i Rebelką, noce z nim spędzone na studiach technik Silat – zwłaszcza obrony wręcz przed nożem. Czas był obok, nie odczułam braku snu. Bezpośrednio do spotkania między moimi gośćmi nie doszło, ale bieguny się przemieszały. Niezniszczalny złożył miecz, Oświecona podniosła pięści pod szczękę, Dziecko stało się dziewczynką, która wie, że może być odpowiedzialna za siebie. Dziewczyna stała się kobietą, która bierze odpowiedzialność za innych. Wszyscy wyjęli nosy z własnej dupy i wrócili odmienieni.

Gdy pojechali, kupiłam pocztówkę, książkę Dawida Hawkinsa o przekraczaniu poziomów świadomości  i rękawice do mixed martial arts. Dwa przedmioty, jeden nierozerwalny mit, jeden film z wakacji. Każdy niechcący coś zostawił. Piszą, że uleczyły im się alergie, nerki, odpuściły lęki, schizy, że nigdzie się tak nie wyspali, że tęskną i wrócą. Jak im mówiłam, że tak będzie, to mi nie wierzyli, sic.

To jeszcze nie koniec, bo to piękne lato potrwa jeszcze. Wielka ceglana macica Żyrardowa stoi otworem. Wszyscy są mile widziani.