Fantazjuję o końcu świata. Co będzie, jak polecą bomby nad oceanem, znikną sojusze, zapanuje chaos. Nie będzie prądu. Nie będzie internetu. Usprawnień komunikacji, która ją upośledza. Systemów, podatkowych, edukacyjnych, penitencjarnych, opieki zdrowotnej, struktur zaprojektowanych tak, by nie działać.  Zdobyczy cywilizacji, na które nie jesteśmy gotowi, wolności, której nie chcemy, ani nieskończonych możliwości, które sprawiają, że każdy dzień jest nie dość, każdy czas stracony.

Pasjami wchłaniam serię Margaret Atwood. Rok potopu, Oryx i Derkacz i Maddaddam. Zwiedzam okolicę z Wiedźmatką, uczę się, który chwast na zgagę, co na oparzenie, a co na wywołanie wymiotów, co można zjeść, a czego nie. Gdzie w okolicy rosną dziko owoce. Wiem jak żyć bez mięsa, jak przeżyć na surowych warzywach, jak leczyć grypę przyprawami. Jak byłam mała, chodziłam po domu z zamkniętymi oczami, na wypadek jakbym straciła wzrok. Jadłam jedną ręką, malowałam stopami, opanowałam świadomy sen, bo bałam się, że jak umrę, to niemoc koszmaru stanie się rzeczywistością. Dzisiaj tylko przygotowuję się na koniec świata.

Pewien afrykański szaman odwiedził zakład dla psychicznie i nerwowo chorych w USA. Nie był w stanie zrozumieć, dlaczego schizofrenię, depresję, czy inny stan ugoru ducha traktuje się jak chorobę. Dla niego było oczywiste, że symptomy choroby psychicznej to konwulsje i ból narodzin uzdrowiciela, zbawcy i szamana. Walka z demonem, którą każdy musi stoczyć sam. Nie zwalczam depresji. Uczę się od niej.