Ludzie, którzy się znają na rzeczy i robią w branży tyle, ile żyję, uznali bezspornie, że mam talent. Są krzaki i babole, ale talent jest. Podejrzewałam, że jest. Tyle razy kradli mi teksty. Tyle bezinteresownej agresji. Tyle gówna.  Myślałam, że jak ktoś mi powie, że go mam, to coś się zmieni. W końcu chodzi o to, by robić coś dobrze.  By ktoś docenił ciebie i to co robisz. By to miało znaczenie.  By stanowić o znaczeniu własnego istnienia, usprawiedliwić fakt narodzin, poboru tlenu, prądu, emisji dwutlenku węgla, na wypadek, jakby nie było żadnego sensu istnienia i boskiego planu. Wytłumaczyć tę szamotaninę, bezsens, chaos, samotność, czymś większym od siebie, istotniejszym od własnych małostkowych pragnień i ambicji. Czymś co jest substancją stworzenia, ale jest pod dziełem. Przerasta i twórcę i dzieło. Używa wykonawcę,  warsztatu, narzędzia. Używa do celów wyższych.  Powiedziano mi, że go mam, że go czuć, że jest. Talent jest. Jednak nic się nie zmieniło. Nic nie przychodzi mi łatwiej, szybciej, nie mam super mocy i dalej muszę płacić ZUS… Praca do wykonania jest dalej pracą do wykonania. Zdjęcia ruszają w tym tygodniu.  Zakładam szklane buciki, sukienkę, w garść maczetę i  na bal.