Obudziłam się w zamku. Niezniszczalny porwał mnie Wiedzmatce i zabrał na noc do Tykocina. Taka przygoda. Jeszcze niedawno my byliśmy przygodą. Niewyspani, ruszyliśmy polami, dumając, czy chcemy dom kupić czy budować, czy w tym kraju, czy w innym. Nasze splecione dłonie na skrzyni biegów będą kosztowały wszystkich. Nie ma wyjścia i odwrotu, jest tylko minimalizacja szkód. Zdążyłam na autobus do Warszawy, on do pracy. Przysnęłam. Ktoś, że już na miejscu, szybko, że już, że natychmiast, bo … i zgubiłam telefon. Zalogowałam się od nieznajomego na fejsa, poprosiłam o pomoc. Pojechałam na Targówek. W księgarni wysyłkowej, sprzedawczyni skądś mnie zna, z wzajemnością. Nie znamy się, ale Irena uczyła się dwie dekadę temu u Wiedzmatki. Pogadałyśmy o tandecie, o plagiatach oświeconych i nowinki… Plotki przerwałam, choć lubię zbiegi okoliczności. Kilka przesiadek, autobusami do Międzylesia. Centrum zdrowia dziecka. Immunologia, izolatka nr5. Kamilowi zalęgł się w płucach grzyb. Trzeba go wyleczyć, co kosztuje 50 tys, później konieczny będzie przeszczep szpiku. Statystyki są słabe. Kamil wie, że choć pochodzi z zamożnej rodziny, to pomoc prędzej znajdzie u obcych. Pośmialiśmy się, że nasza rodzina to patologia wyższych sfer i wyższe sfery patologii. Wszystko przez gen nosa wrastającego głęboko we własną dupę, dzięki temu poczucie bezpieczeństwa nie będzie jego hamulcem na przyszłość. Mam nadzieję, że Kamil będzie miał przyszłość. Jesteśmy do siebie tak podobni. Dałam wykład o wpływie pozytywnego nastawienia na zdrowie. Mówiłam dużo i głośno, a Kamil z zielonego stawał się jasno żółty, biały i biało różowy. Telefon ktoś znalazł. Odebrałam go i ruszyłam kolejką do domu. Niezniszczalny wyczuł wypieranie. Jest kimś takim, przy kim potrafię i mogę pęknąć.