Nie zliczę ile razy oglądałam „Into the blue”. Za każdym razem z pełnym niezrozumieniem. Najpierw nie rozumiałam motywacji głównego bohatera, jego braku motywacji, relacji z innymi postaciami, a do teraz nie rozumiałam zakończenia. Czegokolwiek się nie uczę, przydaje się czegoś innego. Reżyseria do biznesu, taniec do pisania, a joga i dzieła oświeconych… do nurkowania.

Pierwsze zejście to lekcja czym jest i ile znaczy równowaga i pokora. Wprawianie w nawyk mechanicznych czynności przy jednoczesnym niemyśleniu stanowi o przetrwaniu. Chwila rozproszenia, pozwolenia sobie na luksus lęku, braku zaufania do sprzętu, kompana, dive mastera, absolutu, rozpoczyna huragan samonapędzającej się szamotaniny, z której wyjść pozwala jedynie spokój. Mój los zależy od nich. Ja zależę od nich. Niewygodnie mi z tym. Ahmed trzyma mnie za rękę, czule, troskliwie, empatycznie, jakby trzymał moje myśli. W uszach jedynie furkot wydychanych bąbli. Przepiękne kolory, kształty, faktury rafy i ryb. Stan nieważkości i powolne, miękkie ruchy. Kasia porusza się nonszalancko i cyka fotki. Przepływa wspomnienie kogoś, z kim się dźgaliśmy nożami słów. Kaskada obaw, przyspiesza oddech, powietrza za mało, kamizelka za luźno, woda w masce, zależę, zemdleję, umrę. Ahmed natychmiast reaguje. Chwyta moją maskę, szuka kontaktu wzrokowego. Uśmiecha się, wygłupia. Jest dobrze. Spływamy na 11 metrów. Na dnie wielki nóż, ma jakieś 2,5 metra długości. Projekcje, skąd się tam wziął, poczucie absurdu, nerwowy śmiech, nie umiem się śmiać z butlą, znów echa słów, noży i ran, żalu do siebie, niezamkniętych spraw, panika. Trzy gesty Ahmeda. Spokój.

Cisza. Najpiękniejsza jaką słyszałam. Zestrajam się z otoczeniem, sytuacją, przyglądam się rybom, a one łypią na mnie. Ulga. Śniła mi się. Wiele razy. „Zostawię Cię tutaj, pod nożem. Tak będzie lepiej.” Wypływam, metr po metrze, powierzchnia, zdejmuję maskę, butlę, płetwy, piankę. Mama czeka na łodzi, cała dumna. Jakby drugi raz urodziło mnie morze. Nóż wystarczy zostawić raz.